03.10.2007, 17:47
Strasznie ciekawie czyta się zamieszczone tu wszystkie Wasze opinie o nowej płycie.
Chciałbym też i ja napisać co o nowym dziele Marka. Nie będzie to muzyczna recenzja, a raczej subiektywne spojrzenie.
Do momentu ukazania się płyty w sprzedaży, nie słyszałem ani jednego jej dzwięku. Wieczorem przesłuchałem pierwszy raz, potem drugi. I nastšpiło.... -rozczarowanie. Nie wiedziałem, który utwór chciałbym wybrać, by posłuchać go raz jeszcze.
Po ostatnich solowych dokonaniach kwalifikowanych często jako relax-rock w mojej wyobrani ta oczekiwana płyta winna wystrzelić erupcjš nieco już zastygłego wulkanu z wyspy Dire Straits, podbić pierwsze miejsca listy przebojów, udowodnić ponad wszelkš wštpliwoć, że Mark Knopfler najlepszym gitarzystš jest. Nic takiego jednak nie usłyszałem.
Następnego dnia wyjechałem na urlop: wystawiony na działanie muzyki płynšcej z najróżniejszych głoników, niewiedzšc czemu zaczšłem niemiało próbować zanucić jakiej sekwencje pochodzšce z kill to get crimson. I nagle włanie tych dzwięków zaczęło mi brakować. Pomylałem, że muzyka proponowana przez Marka jest przecież zupełnym przeciwieństwem tego, co serwowane jest powszechnie dookoła. Czy paradoksalnie, parę zwykłych piosenek w spokojnym klimacie to nie sposób, by pokazać swojš niezgodę na obowišzujšcš modę kreowanš przez przemysł tzw. muzyczny. Przecież ambicjš Marka nigdy nie było być na topie, nigdy nie starał się błyszczeć na firmamencie gwiazd.
Trafnie wyraził to Robert w jednym ze swoich programów: to muzyka nie na ten czas .
Parę dni po powrocie z urlopu, czakała mnie parogodzinna jazda samochodem. I prawie przez całš tę podróż towarzyszyła mi już kill to get crimson Płyta, o której teraz powiem, że jest delikatna i dojrzała, urzekajšca ciepłym, jakby przyjacielskim wokalem, bogactwem dzwięków, i kolorów , klimatem wpisujšcym się nie tylko na poczštek jesieni, płyta zapraszajšca stale do odkrycia.
Chciałbym też i ja napisać co o nowym dziele Marka. Nie będzie to muzyczna recenzja, a raczej subiektywne spojrzenie.
Do momentu ukazania się płyty w sprzedaży, nie słyszałem ani jednego jej dzwięku. Wieczorem przesłuchałem pierwszy raz, potem drugi. I nastšpiło.... -rozczarowanie. Nie wiedziałem, który utwór chciałbym wybrać, by posłuchać go raz jeszcze.
Po ostatnich solowych dokonaniach kwalifikowanych często jako relax-rock w mojej wyobrani ta oczekiwana płyta winna wystrzelić erupcjš nieco już zastygłego wulkanu z wyspy Dire Straits, podbić pierwsze miejsca listy przebojów, udowodnić ponad wszelkš wštpliwoć, że Mark Knopfler najlepszym gitarzystš jest. Nic takiego jednak nie usłyszałem.
Następnego dnia wyjechałem na urlop: wystawiony na działanie muzyki płynšcej z najróżniejszych głoników, niewiedzšc czemu zaczšłem niemiało próbować zanucić jakiej sekwencje pochodzšce z kill to get crimson. I nagle włanie tych dzwięków zaczęło mi brakować. Pomylałem, że muzyka proponowana przez Marka jest przecież zupełnym przeciwieństwem tego, co serwowane jest powszechnie dookoła. Czy paradoksalnie, parę zwykłych piosenek w spokojnym klimacie to nie sposób, by pokazać swojš niezgodę na obowišzujšcš modę kreowanš przez przemysł tzw. muzyczny. Przecież ambicjš Marka nigdy nie było być na topie, nigdy nie starał się błyszczeć na firmamencie gwiazd.
Trafnie wyraził to Robert w jednym ze swoich programów: to muzyka nie na ten czas .
Parę dni po powrocie z urlopu, czakała mnie parogodzinna jazda samochodem. I prawie przez całš tę podróż towarzyszyła mi już kill to get crimson Płyta, o której teraz powiem, że jest delikatna i dojrzała, urzekajšca ciepłym, jakby przyjacielskim wokalem, bogactwem dzwięków, i kolorów , klimatem wpisujšcym się nie tylko na poczštek jesieni, płyta zapraszajšca stale do odkrycia.

