22.01.2008, 17:05
Kurczę.
Przyszła, namieszała, nabroiła, weszła w moje serducho i we mnie cała, zawładnęła mnš od stóp do głów, bez żadnych hamulców. Uzależniła mnie od siebie na maksa i pewnie jeszcze się cieszy, że żyć bez niej nie mogę.
Kto?
Muzyka Marka.
To już prawie 3 lata....
I nic nie jest takie jak było. To ta muzyka jest cichym wiadkiem tego jak płaczę, jak się mieje... jest moim najlepszym kumplem, do którego nawet po małej zdradzie mogę wrócić bez obawy, że mnie odrzuci, bo przyjmuje mnie zawsze tak samo. Nigdy mnie nie wygania. Nikt jak ona nie potrafi wylać tyle ciepła na moje serducho. Nikt jak ona mnie potrafi mnie tak uspokoić, utulić do snu, wzruszyć do głębi, i dać mnóstwo radoci. Jeszcze żadna muzyka mnie tak bardzo w sobie nie rozkochała... Tak bezgranicznie, bez żšdania niczego w zamian, bez ranienia serducha. I to jest ta miłoć, o której mogę powiedzieć, że będzie mojš miłociš za rok, 10 lat, 20.... po prostu do końca życia.
Nawet teraz jak to piszę, mam na maksa rzgłonione "Long Highway". W takich momentach nic mnie nie obchodzi: jestem ja, i mój Mistrzo....
Ja sama w pokoju z którego dobiega muzyka Marka Knopflera, to to samo, co wywiesić na drzwiach:
"Proszę nie przeszkadzać".
A oprócz Mistrza - jestecie i Wy.
I w takich momentach wiem jedno: choćby niewiadomo jak się w życiu działo, warto żyć. Bo przecież w życiu sš piękne tylko chwile!
I to jakie chwile!
Momentami mam wrażenie, że jestem nie fankš Marka Knopflera a jego zdeklarowanš, stuprocentowš f a n a t y c z k š.
Ale nie zamierzam się z tego leczyć.
Miłoć ronie w siłe z dnia na dzień. Miłoć do muzyki... i może to zabrzmi głupio, ale miłoć do faceta który tš muzykę tworzy - też jest!
***
Od trzech lat mój dzień wyglšda tak:
Pobudka, o której wyjdzie. Obowišzkowo po przebudzeniu, co Marka. W zależnoci od tego na co przyjdzie ochota.
niadanie - jem z Markiem.
Obiad - zdarza się że bez Marka.
Kolacja = z Markiem.
W cišgu dnia czego nie robię, to zawsze z Markiem.... czasami włšcze sobie jakie radyjko, żeby dać Markowi odpoczšć, ale jak do tej pory dłużej niż 60 minut bez Marka nie wytrzymałam.
I tak sobie marzę.
O koncercie - ale to niebawem się spełni.
O poznaniu Marka - żeby móc podziękować za wszystko.
O "Prairie Wedding" na swoim lubie. (tfu, gdzie mi do lubu, za 4 miesišce 16 lat kończę...)
Po cichu mam też nadzieję, że nie kwalifikuję się jeszcze do leczenia psychiatrycznego.
Przyszła, namieszała, nabroiła, weszła w moje serducho i we mnie cała, zawładnęła mnš od stóp do głów, bez żadnych hamulców. Uzależniła mnie od siebie na maksa i pewnie jeszcze się cieszy, że żyć bez niej nie mogę.
Kto?
Muzyka Marka.
To już prawie 3 lata....

I nic nie jest takie jak było. To ta muzyka jest cichym wiadkiem tego jak płaczę, jak się mieje... jest moim najlepszym kumplem, do którego nawet po małej zdradzie mogę wrócić bez obawy, że mnie odrzuci, bo przyjmuje mnie zawsze tak samo. Nigdy mnie nie wygania. Nikt jak ona nie potrafi wylać tyle ciepła na moje serducho. Nikt jak ona mnie potrafi mnie tak uspokoić, utulić do snu, wzruszyć do głębi, i dać mnóstwo radoci. Jeszcze żadna muzyka mnie tak bardzo w sobie nie rozkochała... Tak bezgranicznie, bez żšdania niczego w zamian, bez ranienia serducha. I to jest ta miłoć, o której mogę powiedzieć, że będzie mojš miłociš za rok, 10 lat, 20.... po prostu do końca życia.
Nawet teraz jak to piszę, mam na maksa rzgłonione "Long Highway". W takich momentach nic mnie nie obchodzi: jestem ja, i mój Mistrzo....
Ja sama w pokoju z którego dobiega muzyka Marka Knopflera, to to samo, co wywiesić na drzwiach:
"Proszę nie przeszkadzać".
A oprócz Mistrza - jestecie i Wy.
I w takich momentach wiem jedno: choćby niewiadomo jak się w życiu działo, warto żyć. Bo przecież w życiu sš piękne tylko chwile!
I to jakie chwile!
Momentami mam wrażenie, że jestem nie fankš Marka Knopflera a jego zdeklarowanš, stuprocentowš f a n a t y c z k š.
Ale nie zamierzam się z tego leczyć.
Miłoć ronie w siłe z dnia na dzień. Miłoć do muzyki... i może to zabrzmi głupio, ale miłoć do faceta który tš muzykę tworzy - też jest!
***
Od trzech lat mój dzień wyglšda tak:
Pobudka, o której wyjdzie. Obowišzkowo po przebudzeniu, co Marka. W zależnoci od tego na co przyjdzie ochota.
niadanie - jem z Markiem.

Obiad - zdarza się że bez Marka.
Kolacja = z Markiem.
W cišgu dnia czego nie robię, to zawsze z Markiem.... czasami włšcze sobie jakie radyjko, żeby dać Markowi odpoczšć, ale jak do tej pory dłużej niż 60 minut bez Marka nie wytrzymałam.
I tak sobie marzę.
O koncercie - ale to niebawem się spełni.
O poznaniu Marka - żeby móc podziękować za wszystko.
O "Prairie Wedding" na swoim lubie. (tfu, gdzie mi do lubu, za 4 miesišce 16 lat kończę...)
Po cichu mam też nadzieję, że nie kwalifikuję się jeszcze do leczenia psychiatrycznego.
We talked of looking just out of town
Now it's looking like a dream shot down
I still believe that there's somewhere for us
But now it's something that we don't discuss
And you're the best thing I ever knew
Stay with me, baby, and we'll make it to
We'll make it to
Tu można kupić moją książkę
Księgarnia Wydawnictwa Radwan - Aparatka
Now it's looking like a dream shot down
I still believe that there's somewhere for us
But now it's something that we don't discuss
And you're the best thing I ever knew
Stay with me, baby, and we'll make it to
We'll make it to
Tu można kupić moją książkę

Księgarnia Wydawnictwa Radwan - Aparatka

