06.07.2010, 19:49
Cóż mogę po kilkukrotnym wysłuchaniu tej poezji muzyki jeszcze napisać? Wszystko zostało (bardzo pięknie, swoją drogą) już tutaj przedstawione. Dodam może kilka takich punktów, które rzucają mi się od razu, gdy kojarzę sobie ten wrocławski występ i zestawiam choćby z dwoma warszawskimi na Torwarze:
Po pierwsze – nie wiem, czy wyczuliście wspaniałą formę, w jakiej był Danny Cummings. Przynajmniej moim zdaniem. Walił a te bębny znacznie silniej niż na Torwarze. I przez to kilka razy miałem dreszcze. O „Speedway...” nie wspominając. Tak, zdecydowanie perkusję z tego koncertu zapamiętam wyjątkowo dobrze.
Po drugie – troszkę liczyłem na Get Lucky. Zabrakło...
Po trzecie – tak jak z każdego koncertu zapamiętuję jakiś jeden, jedyny utwór, który kojarzy mi się wybitnie właśnie z tym jednym konkretnym wydarzeniem (brzmi wyjątkowo – inaczej niż się spodziewałem – w poprzednich latach na Torwarze było to kolejno: „Speedway...”, a potem „Hill Farmer’s Blues”
, tak tutaj urzekło mnie końcowe „Pipper to the End”. Zwłaszcza moment, jak Mark po prostu usiadł, oparł ręce na gitarze i zaczął śpiewać. Tylko tyle i aż tyle...
A po czwarte – kurcze, nie wiem, jak Wy, ale ja po przesłuchaniu tego mp3 z koncertu mam czasem wrażenie, że byłem na innym koncercie. Dopiero teraz słychać jak coś tam sobie Mark mruczy do siebie (np. na początku dwukrotnie „Hill Farmer’s Blues”
. Zupełnie inaczej odbieram wokal. Jest znacznie bardziej interesujący. Dopiero teraz doceniam wspaniałą chrypę i głębię głosu Marka. Siedząc na koncercie wszystko to sprawiało wrażenie takiego „spłaszczenia”. A już zupełnie nie spodziewałem się, że aż taakiej mozaiki instrumentalnej. Dopiero teraz słyszę geniusz Johna McCusker’a, czy Michaela McGoldrick’a. Ileż tam było szczegółowych dotknięć. Magicznych, dodających niby niewiele do utworu, a tak naprawdę zamieniających całość w niepowtarzalne i wyjątkowo kruche piękno „Kruche”, bo jak się okazuje nie wszystko na koncercie słychać od razu. „Kruche”, bo wystarczy jakaś niedoskonałość rzeczy martwych, sali, błąd nagłośnienia i całość... można docenić dopiero na słuchawkach. Nie wiem. Może to ja lekko przesadzam. Fakt, mam dosyć słoniowe ucho i może z emocji nie słyszałem tego wszystkiego (zmysły koncentrują się także na wrażeniach wizualnych – a teraz mogę zamknąć oczy i skupić się wyłącznie na muzyce), ale jednak mam nieodparte wrażenie i żal, że po prostu nie było mi dane kontemplować tego piękna, jakie chłopaki wytworzyły od razu – live. Szkoda. Nie umniejsza to faktu, że występ był piękny i teraz (dopiero teraz, niestety... dopiero po przesłuchaniu tego wszystkiego raz jeszcze w innych warunkach) dochodzi do mnie, że mógł być to najpiękniejszy występ Marka, jaki miałem zaszczyt słyszeć. Troszkę mi tylko żal tej całej jego pracy. Bo ileż set razy piękniejsze mielibyśmy wszyscy wrażenia tuż po zakończeniu występu, gdyby to wszystko było tak słyszalne, jakby tego niewątpliwie sam Mark sobie życzył. Dzięki, Mark!
A poza tym wszystkim:
1.Border Reiver - wspaniały folk, wybitne wprowadzenie w atmosferę całego artyzmu, jakiemu w ciągu występu konsekwentnie był wierny cały zespół
2.What It Is – tak, pamiętam wyraźnie. To w czasie tego utworu pociekła mi łezka. Po prostu się wzruszyłem będąc świadkiem tak wybitnej konwersacji gitary Marka ze skrzypkami i fletem...
3.Sailing To Philadelphia – “Mark, welcome home” i już byłem szczęśliwy, że wchodzimy w ton leniwie snujacego się mruczenia
4.Coyote – jakoś tak średnio, ale jakiś “przerywnik” musi być, prawda?
5.Prairie Wedding - podobnie
6.Hill Farmer's Blues – kocham tego człowieka! Właśnie za ten wspaniale mistyczny klimat tej piosenki. Ilekroć ją słyszę, widzę góry, morze mgieł. Coś nienamacalnego, tajemniczego. Słowem – utwór, w którym Markowi udało połączyć się coś de facto nie uchwytnego.
7.Romeo And Juliet – i jak tutaj się nie wzruszyć na wstępie
8.Sultans Of Swing – rozwinął pewne partie, „urockowił” część riffów i było pięknie. Aczkolwiek ja zawsze byłe, jestem i będę za uczestnictwem klawiszowców (i najlepiej saksofonu) w tym dziele. Ten koncert tylko mnie w tym utwierdził.
9.Done With Bonaparte – czyli spełnienie kolejnego małego marzenia, czyli wreszcie dudy na koncercie Marka. Jeden z ukochanych utworów. Głupio poczułem się tylko na jego wstępie, gdy zacząłem rytmicznie klaskać (bo przecież tam aż się prosi!
), a wkoło siebie wyczułem jedynie zdziwienie i niemą krytykę mego „zachowania”
Pokornie więc opuściłem rączki. 
10.Marbletown – no, niech będzie.
11.Speedway At Nazareth – cu-dow-nie. Jeszcze gdyby ostatnie partie Mark zagrał jeszcze wyżej, jeszcze ostrzej. Słyszałem taką wersję tylko raz i od tamtej pory nie powtórzył.
12.Telegraph Road – co klasa, to klasa. Tutaj nie ma co komentować. Od lat tak samo piękne. Od lat samo wzruszające. Po tym poznaje się wielkich artystów.
13.Brothers In Arms – nie wiem, dlaczego, ale tym razem mnie nie porwało. I nie potrafię logicznie wytłumaczyć, dlaczego. Jakoś tak.
14.So Far Away – jak ja uwielbiam ten utwór. Chyba najbardziej pachnący energią utwór występu
15.Piper To The End – tak, tutaj było wszystko. Mark jakby klamrą spina całość koncertu. Piękna chrypka, gitara pod rękami, niejako acapella, dwie strugi światła – na Michaela McGoldrick’a i naszego Maestro, atmosfera chwili i... nic... Nic, tylko słuchać, zakołysać się do snu. I żałować, że to znów koniec.
Po pierwsze – nie wiem, czy wyczuliście wspaniałą formę, w jakiej był Danny Cummings. Przynajmniej moim zdaniem. Walił a te bębny znacznie silniej niż na Torwarze. I przez to kilka razy miałem dreszcze. O „Speedway...” nie wspominając. Tak, zdecydowanie perkusję z tego koncertu zapamiętam wyjątkowo dobrze.
Po drugie – troszkę liczyłem na Get Lucky. Zabrakło...
Po trzecie – tak jak z każdego koncertu zapamiętuję jakiś jeden, jedyny utwór, który kojarzy mi się wybitnie właśnie z tym jednym konkretnym wydarzeniem (brzmi wyjątkowo – inaczej niż się spodziewałem – w poprzednich latach na Torwarze było to kolejno: „Speedway...”, a potem „Hill Farmer’s Blues”
, tak tutaj urzekło mnie końcowe „Pipper to the End”. Zwłaszcza moment, jak Mark po prostu usiadł, oparł ręce na gitarze i zaczął śpiewać. Tylko tyle i aż tyle...A po czwarte – kurcze, nie wiem, jak Wy, ale ja po przesłuchaniu tego mp3 z koncertu mam czasem wrażenie, że byłem na innym koncercie. Dopiero teraz słychać jak coś tam sobie Mark mruczy do siebie (np. na początku dwukrotnie „Hill Farmer’s Blues”
. Zupełnie inaczej odbieram wokal. Jest znacznie bardziej interesujący. Dopiero teraz doceniam wspaniałą chrypę i głębię głosu Marka. Siedząc na koncercie wszystko to sprawiało wrażenie takiego „spłaszczenia”. A już zupełnie nie spodziewałem się, że aż taakiej mozaiki instrumentalnej. Dopiero teraz słyszę geniusz Johna McCusker’a, czy Michaela McGoldrick’a. Ileż tam było szczegółowych dotknięć. Magicznych, dodających niby niewiele do utworu, a tak naprawdę zamieniających całość w niepowtarzalne i wyjątkowo kruche piękno „Kruche”, bo jak się okazuje nie wszystko na koncercie słychać od razu. „Kruche”, bo wystarczy jakaś niedoskonałość rzeczy martwych, sali, błąd nagłośnienia i całość... można docenić dopiero na słuchawkach. Nie wiem. Może to ja lekko przesadzam. Fakt, mam dosyć słoniowe ucho i może z emocji nie słyszałem tego wszystkiego (zmysły koncentrują się także na wrażeniach wizualnych – a teraz mogę zamknąć oczy i skupić się wyłącznie na muzyce), ale jednak mam nieodparte wrażenie i żal, że po prostu nie było mi dane kontemplować tego piękna, jakie chłopaki wytworzyły od razu – live. Szkoda. Nie umniejsza to faktu, że występ był piękny i teraz (dopiero teraz, niestety... dopiero po przesłuchaniu tego wszystkiego raz jeszcze w innych warunkach) dochodzi do mnie, że mógł być to najpiękniejszy występ Marka, jaki miałem zaszczyt słyszeć. Troszkę mi tylko żal tej całej jego pracy. Bo ileż set razy piękniejsze mielibyśmy wszyscy wrażenia tuż po zakończeniu występu, gdyby to wszystko było tak słyszalne, jakby tego niewątpliwie sam Mark sobie życzył. Dzięki, Mark!A poza tym wszystkim:
1.Border Reiver - wspaniały folk, wybitne wprowadzenie w atmosferę całego artyzmu, jakiemu w ciągu występu konsekwentnie był wierny cały zespół
2.What It Is – tak, pamiętam wyraźnie. To w czasie tego utworu pociekła mi łezka. Po prostu się wzruszyłem będąc świadkiem tak wybitnej konwersacji gitary Marka ze skrzypkami i fletem...
3.Sailing To Philadelphia – “Mark, welcome home” i już byłem szczęśliwy, że wchodzimy w ton leniwie snujacego się mruczenia
4.Coyote – jakoś tak średnio, ale jakiś “przerywnik” musi być, prawda?

5.Prairie Wedding - podobnie
6.Hill Farmer's Blues – kocham tego człowieka! Właśnie za ten wspaniale mistyczny klimat tej piosenki. Ilekroć ją słyszę, widzę góry, morze mgieł. Coś nienamacalnego, tajemniczego. Słowem – utwór, w którym Markowi udało połączyć się coś de facto nie uchwytnego.

7.Romeo And Juliet – i jak tutaj się nie wzruszyć na wstępie
8.Sultans Of Swing – rozwinął pewne partie, „urockowił” część riffów i było pięknie. Aczkolwiek ja zawsze byłe, jestem i będę za uczestnictwem klawiszowców (i najlepiej saksofonu) w tym dziele. Ten koncert tylko mnie w tym utwierdził.

9.Done With Bonaparte – czyli spełnienie kolejnego małego marzenia, czyli wreszcie dudy na koncercie Marka. Jeden z ukochanych utworów. Głupio poczułem się tylko na jego wstępie, gdy zacząłem rytmicznie klaskać (bo przecież tam aż się prosi!
), a wkoło siebie wyczułem jedynie zdziwienie i niemą krytykę mego „zachowania”
Pokornie więc opuściłem rączki. 
10.Marbletown – no, niech będzie.

11.Speedway At Nazareth – cu-dow-nie. Jeszcze gdyby ostatnie partie Mark zagrał jeszcze wyżej, jeszcze ostrzej. Słyszałem taką wersję tylko raz i od tamtej pory nie powtórzył.
12.Telegraph Road – co klasa, to klasa. Tutaj nie ma co komentować. Od lat tak samo piękne. Od lat samo wzruszające. Po tym poznaje się wielkich artystów.
13.Brothers In Arms – nie wiem, dlaczego, ale tym razem mnie nie porwało. I nie potrafię logicznie wytłumaczyć, dlaczego. Jakoś tak.

14.So Far Away – jak ja uwielbiam ten utwór. Chyba najbardziej pachnący energią utwór występu
15.Piper To The End – tak, tutaj było wszystko. Mark jakby klamrą spina całość koncertu. Piękna chrypka, gitara pod rękami, niejako acapella, dwie strugi światła – na Michaela McGoldrick’a i naszego Maestro, atmosfera chwili i... nic... Nic, tylko słuchać, zakołysać się do snu. I żałować, że to znów koniec.

