Do podsumowania mojej przygody z trasa GL zbierałem się od pewnego czasu. Nie do końca jednak wiedziałem co napisać, bo odczucia różne...
Ale może po kolei.
Koncert wrocławski był najsłabszym koncertem MK, na jakim byłem. Nie poraził mnie nastrojem, czego wątpliwą zasługą był potężny zaduch (źle to znoszę). W zasadzie na początku drugiej dekady XXI stulecia „szłoby” bardziej ucywilizować takie miejsca jak Hala Ludowa. To już nie tylko wymóg komfortowy, ale normalne następstwo rozwoju cywilizacyjno-społecznego.
Druga sprawa: nagłośnienie. Koszmar. Zero selektywności (przez pierwsze kilka utworów wcale nie słyszałem gitary Knopflera. Przez większość koncertu perkusja odbijała się echem po sali, wracając do mojego miejsca i powodując dysonans odsłuchowy. Smaczki, w wykonaniu McGoldricka które nota bene wyłowiłem słuchając pokoncertowego nagrania, na samym występie prawie niedoslyszalne. Fatalnie nagłośniony koncert, w porównaniu z katowickim „Spodkiem” Hala Ludowa poległa z kretesem. Szkoda.
Trzecia kwestia: poprzednia trasa ujmowała uroczą oprawą koncertową, podświetlony na niebiesko Strato, pyszniący sie na scenie przed koncertem podsycał oczekiwanie na pierwsze dźwięki, kawałek pudła rezonansowego Nationala urzekał. A tutaj? Sami widzieliście.
Marka Knopflera ZAWSZE będę odbierał przez pryzmat DS. Jest to związane z moją młodością, energią, która wtedy rozpierała mnie z mocą atomu oraz osobistymi wydarzeniami z tamtych dni.
A jak DS to i klasyki: SOS, TR oraz BiA. I tu uwaga koncertowa: Może niech MK przestanie grać już te w/w numery, ponieważ straszliwie spłyca ich wykonanie i niestety nie oddaje tego, co stanowiło ich siłę i energię. 100 razy bardziej podobał mi się Hill Farmer Blues czy Speedway to Nazareth niż klasyki DS. Solówka w TR to ledwie cień wykonań koncertowych sprzed 20 lat. SOS także. I zakończenie utworu jakby o jakieś 4 takty zbyt mało. Może się czepiam, ale po 30 latach słuchania SOS w najróżniejszych wykonaniach koncertowych, to w pewnych chwilach brzmi jak nieudolne karaoke. Wiem, mocne słowa. Ale... Panie Marku! Proszę nie zabijać legendy, którą Pan stworzył!!! Proszę Pana, ja się domagam, aby Knopfler grał tylko solowego Knopflera!
Muszę jeszcze bardziej pomarudzić na temat setlisty. Zdecydowanie za mało utworów z Get Lucky. Osobiście nie jestem fanem Done with Bonaparte, wolał bym zdecydowanie True Love to Never Fade w wykonaniu sprzed 2 lat. Lub cokolwiek innego. Na przykład Remembrance lub tytułowy z ostatniego wydawnictwa Get Lucky.
Z plusów: dobry wokal. Zdecydowanie lepiej niż np. 5 lat temu. Kilka znakomitych chwil: wspomniane Hill FB, Speedway, Piper to the End (dlaczego zawsze jak tego słucham mam ochotę zanucić Darling Pretty ?) fajna wersja mojego ulubionego What It Is oraz Sailing. Bardzo miłe spotkanie pokoncertowe, „czerwona” fala przemierzająca wrocławskie ulice z dumnym herbem na piersi. Sam wyjazd do Wrocławia – bezcenny. Koncert oceniam surowo - mam swoje wymagania, bo zostałem przez Obywatela Marka Knopflera przyzwyczajony do duchowych uniesień i najwyższej klasy doznań muzycznych. Tym razem słabiej. Ale to moja subiektywna opinia. Gdyby to był mój pierwszy koncert MK - byłbym w siódmym niebie. A tak.. Sam żeś Panie Marku to uczynił
Reasumując: miałem nadzieję na udany koncert i taki był. Z kilkoma minusami. Generalnie wyjazd udany. Chciałem jednakże w tym wątku pokazać minusy, które w generalnym rozrachunku NIE PRZESZKADZAŁY a jedynie troche zawiodły moje oczekiwania. Z całą pewnością przy następnej okazji znowu chętnie zauczesniczę w koncercie MK
Zawsze chciałem zobaczyć DS i nigdy się to nie udało. Miałem nadzieję, że będą jakieś obchody 30-lecia DS, potem że 25 lecia BiA. I że tak, jak robi Roger Waters dostaniemy trasę na jubileusz z najlepszych czasów DS. Wiemy że to się nie stanie. Może i lepiej... patrząc na STINGA, który reaktywował the Police na serię koncertów. Legenda pozostanie legendą...
A w głośnikach Sydney 1986... Oj, szkoda że nie ma oficjalnego DVD...
Ale może po kolei.
Koncert wrocławski był najsłabszym koncertem MK, na jakim byłem. Nie poraził mnie nastrojem, czego wątpliwą zasługą był potężny zaduch (źle to znoszę). W zasadzie na początku drugiej dekady XXI stulecia „szłoby” bardziej ucywilizować takie miejsca jak Hala Ludowa. To już nie tylko wymóg komfortowy, ale normalne następstwo rozwoju cywilizacyjno-społecznego.
Druga sprawa: nagłośnienie. Koszmar. Zero selektywności (przez pierwsze kilka utworów wcale nie słyszałem gitary Knopflera. Przez większość koncertu perkusja odbijała się echem po sali, wracając do mojego miejsca i powodując dysonans odsłuchowy. Smaczki, w wykonaniu McGoldricka które nota bene wyłowiłem słuchając pokoncertowego nagrania, na samym występie prawie niedoslyszalne. Fatalnie nagłośniony koncert, w porównaniu z katowickim „Spodkiem” Hala Ludowa poległa z kretesem. Szkoda.
Trzecia kwestia: poprzednia trasa ujmowała uroczą oprawą koncertową, podświetlony na niebiesko Strato, pyszniący sie na scenie przed koncertem podsycał oczekiwanie na pierwsze dźwięki, kawałek pudła rezonansowego Nationala urzekał. A tutaj? Sami widzieliście.
Marka Knopflera ZAWSZE będę odbierał przez pryzmat DS. Jest to związane z moją młodością, energią, która wtedy rozpierała mnie z mocą atomu oraz osobistymi wydarzeniami z tamtych dni.
A jak DS to i klasyki: SOS, TR oraz BiA. I tu uwaga koncertowa: Może niech MK przestanie grać już te w/w numery, ponieważ straszliwie spłyca ich wykonanie i niestety nie oddaje tego, co stanowiło ich siłę i energię. 100 razy bardziej podobał mi się Hill Farmer Blues czy Speedway to Nazareth niż klasyki DS. Solówka w TR to ledwie cień wykonań koncertowych sprzed 20 lat. SOS także. I zakończenie utworu jakby o jakieś 4 takty zbyt mało. Może się czepiam, ale po 30 latach słuchania SOS w najróżniejszych wykonaniach koncertowych, to w pewnych chwilach brzmi jak nieudolne karaoke. Wiem, mocne słowa. Ale... Panie Marku! Proszę nie zabijać legendy, którą Pan stworzył!!! Proszę Pana, ja się domagam, aby Knopfler grał tylko solowego Knopflera!
Muszę jeszcze bardziej pomarudzić na temat setlisty. Zdecydowanie za mało utworów z Get Lucky. Osobiście nie jestem fanem Done with Bonaparte, wolał bym zdecydowanie True Love to Never Fade w wykonaniu sprzed 2 lat. Lub cokolwiek innego. Na przykład Remembrance lub tytułowy z ostatniego wydawnictwa Get Lucky.
Z plusów: dobry wokal. Zdecydowanie lepiej niż np. 5 lat temu. Kilka znakomitych chwil: wspomniane Hill FB, Speedway, Piper to the End (dlaczego zawsze jak tego słucham mam ochotę zanucić Darling Pretty ?) fajna wersja mojego ulubionego What It Is oraz Sailing. Bardzo miłe spotkanie pokoncertowe, „czerwona” fala przemierzająca wrocławskie ulice z dumnym herbem na piersi. Sam wyjazd do Wrocławia – bezcenny. Koncert oceniam surowo - mam swoje wymagania, bo zostałem przez Obywatela Marka Knopflera przyzwyczajony do duchowych uniesień i najwyższej klasy doznań muzycznych. Tym razem słabiej. Ale to moja subiektywna opinia. Gdyby to był mój pierwszy koncert MK - byłbym w siódmym niebie. A tak.. Sam żeś Panie Marku to uczynił
Reasumując: miałem nadzieję na udany koncert i taki był. Z kilkoma minusami. Generalnie wyjazd udany. Chciałem jednakże w tym wątku pokazać minusy, które w generalnym rozrachunku NIE PRZESZKADZAŁY a jedynie troche zawiodły moje oczekiwania. Z całą pewnością przy następnej okazji znowu chętnie zauczesniczę w koncercie MK

Zawsze chciałem zobaczyć DS i nigdy się to nie udało. Miałem nadzieję, że będą jakieś obchody 30-lecia DS, potem że 25 lecia BiA. I że tak, jak robi Roger Waters dostaniemy trasę na jubileusz z najlepszych czasów DS. Wiemy że to się nie stanie. Może i lepiej... patrząc na STINGA, który reaktywował the Police na serię koncertów. Legenda pozostanie legendą...
A w głośnikach Sydney 1986... Oj, szkoda że nie ma oficjalnego DVD...

