05.06.2011, 23:25
Ostatnio, słuchając nieskończony raz starszych kawałków DS, zastanawiałem się w czym leży fenomen Marka. Oczywiście, nie udzieliłem sobie odpowiedzi, ale zwróciło moją uwagę to, że robił to "po swojemu". W jego sposobie grania słychać echa różnych wpływów, ale jego prywatna kompilacja okazała się bardzo oryginalna. Odbieram to w pewnym sensie jako granie tego, co ładnie brzmi, bez większego oglądania się na porównywanie z innymi.
Nieraz, widzę jak zdolny gitarzysta daje się przytłaczać wpływom ogólnie przyjętych trendów. I widać wyraźne zadowolenie kiedy uda mu się zagrać i zabrzmieć rasowo. Natomiast widać też pewną nieśmiałość, czy ostrożność w sprzeciwianiu się kanonom.
Nie mam tu na myśli bycia oryginalnym na siłę, byle tylko wykrzyczeć swoją oryginalność, ale jakiś niepowtarzalny okruch indywidualności.
W przypadku Marka zażarło to idealnie.
Kiedyś obserwowałem afrykańskiego tubylca grającego na gitarze, który zapewne nie miał wiele okazji do słuchania dorobku gitarowego. Fajnie było popatrzeć jak "używał" instrumentu wg własnego przepisu. A to tak, a to inaczej coś łapał, rytmizował, grał ze słuchu to, co mu harmonicznie pasowało. Być może byłby inspiracją dla niejednego.
Myślę, że w tym leży część tajemnicy o grze Marka - uderzając w określone style, nie dał się przytłamsić poprawnej, obliczonej na konkretny efekt wirtuozerii.
Nie wierzę, że swoje bendy i wibrata wystudiował wg jakiegoś odtwórczego przepisu. Mam odczucie, że starał się grać tak, żeby fajnie brzmiało, a dopiero potem ewentualnie to racjonalizował, czyścił, utechniczniał.
To trochę jak z posługiwaniem się sztućcami przy stole. Nie musimy myśleć który mięsień i nerw aktualnie pracują oraz nie musimy się bardzo koncentrować, żeby trafić widelcem do ust, a nie w czoło.
A kiedy ktoś powie "pokaż, jak to robisz", to możemy mieć problem z pedagogicznym, algorytmicznym opisem. Pewne rzeczy po prostu dzieją się za nas. Możemy je udoskonalać ćwiczeniami - niekiedy z fenomenalnym skutkiem - , ale dla mnie ta niepodrabialna esencja zakorzeniona jest w sferze odruchu.
Nieraz, widzę jak zdolny gitarzysta daje się przytłaczać wpływom ogólnie przyjętych trendów. I widać wyraźne zadowolenie kiedy uda mu się zagrać i zabrzmieć rasowo. Natomiast widać też pewną nieśmiałość, czy ostrożność w sprzeciwianiu się kanonom.
Nie mam tu na myśli bycia oryginalnym na siłę, byle tylko wykrzyczeć swoją oryginalność, ale jakiś niepowtarzalny okruch indywidualności.
W przypadku Marka zażarło to idealnie.
Kiedyś obserwowałem afrykańskiego tubylca grającego na gitarze, który zapewne nie miał wiele okazji do słuchania dorobku gitarowego. Fajnie było popatrzeć jak "używał" instrumentu wg własnego przepisu. A to tak, a to inaczej coś łapał, rytmizował, grał ze słuchu to, co mu harmonicznie pasowało. Być może byłby inspiracją dla niejednego.
Myślę, że w tym leży część tajemnicy o grze Marka - uderzając w określone style, nie dał się przytłamsić poprawnej, obliczonej na konkretny efekt wirtuozerii.
Nie wierzę, że swoje bendy i wibrata wystudiował wg jakiegoś odtwórczego przepisu. Mam odczucie, że starał się grać tak, żeby fajnie brzmiało, a dopiero potem ewentualnie to racjonalizował, czyścił, utechniczniał.
To trochę jak z posługiwaniem się sztućcami przy stole. Nie musimy myśleć który mięsień i nerw aktualnie pracują oraz nie musimy się bardzo koncentrować, żeby trafić widelcem do ust, a nie w czoło.
A kiedy ktoś powie "pokaż, jak to robisz", to możemy mieć problem z pedagogicznym, algorytmicznym opisem. Pewne rzeczy po prostu dzieją się za nas. Możemy je udoskonalać ćwiczeniami - niekiedy z fenomenalnym skutkiem - , ale dla mnie ta niepodrabialna esencja zakorzeniona jest w sferze odruchu.

