13.11.2011, 17:33
To jest temat rzeka i chyba nie na moje siły. Nie jestem literaturoznawcą, więc mój pogląd jest tu całkowicie amatorski i raczej intuicyjny. Z całym szacunkiem dla MK, on jest dla mnie fenomenalnym gitarzystą i świetnym autorem piosenek - nierzadko genialnych ze względu na wieloznaczność opartą często na idiomatyczności, bawieniu się językiem, do czego zresztą angielski fantastycznie się nadaje. MK lubi też odniesienia kulturowe, historyczne itd. Ale - w przeciwieństwie do Dylana - poetą bym go nie nazwał. Dylan (podobnie jak np. Cohen) jest nim z pewnością. Na pewno wiele ich łączy - zaangażowanie, umiejętność tworzenia wspaniałych historii (stories), wzbudzania niezwykłych emocji i tworzenia atmosfery poprzez oddziaływanie na wyobraźnię. Jednak Dylan to najpierw poeta, a potem dopiero muzyk, u Marka jest chyba jednak odwrotnie. Oni są dla mnie bardzo komplementarni, dlatego nie dziwi mnie, że musieli się spotkać. Mimo wszystko u Dylana muzyka nie jest aż tak ważna, a jego rola jako "mędrca", "prześmiewcy", "krytyka" cywilizacji jest znacznie bardziej uwypuklona niż u MK, który chyba nie ma takich aspiracji. Dylan jest dla mnie o wiele bardziej "światowy", uniwersalny. Ale to tylko moje skromne zdanie. W każdym razie, gdybym miał poważny egzystencjalny problem i szukał rozwiązania, to z tej dwójki zwróciłbym się raczej do Dylana...

