14.07.2013, 15:51
Nie będzie to tak ekscytująca opowieśc Jak Mirka , ale ...
No to na pewien czas bajka się skończyła .
Jak wracałem wczoraj w nocy, zastanawiałem się co napisac po tym koncercie , i....
ten koncert był jak zwykle, subiektywnie - dla mnie cudny .... i na koniec
"Piper"- super.
Mam nadzieję ,że Was nie zanudzę......
to takie wariackie uczucie , ale jak człek jest trochę ..... podekscytowany to ,
przynajmniej w moim przypadku chce się z tym podzielić ,
pomijając gdzie , kto i jak ...
Wiele miałem dni wyjątkowych w swoi zyciu , ale ten mogę umieścić na górnej półce.
Podobo nie zaczyna się zdania od więc,,
, wstałem wczesnym rankiem ok. 10 ,
rozdygotany jeszcze po grillu poprzedniego wieczora albo nocy,
zakończyliśmy o 4 nad ranem czyli bladym świtem, ale jako bezrobotny - co mi tam,
powinienem dać radę, szybka kawa , dwa- trzy telefony, kilka maili - ale jakoś nie mogę się poskładać.
Wiem że w firmie mam ok 13 , podobno maja dla mnie pracę , 20 minut drogi to spokojnie zdążę.
Kręcę się po pokoju jak Mr Bean , od czego zacząć,należałoby zjeść jakieś śniadanie ,
kręce się w kuchni , w pokoju obok właściel próbuje wymienić lampę , więc z grzeczności pytam czy nie pomóc ,
jak na złość - jemu ręce trzęsły się mocniej niż my , ja w nocy się trochę oszczędzałem,
a on nie, no i delikatnie stwierdził ,że skoro ja chce pomóc , no to ....
Myślę sobie , 10 minut i zrobione, jak na złośc nic nie pasuje , prądu nie mogę wyłaczyć,
może i dobrze , jak mnie trzaśnie to się wreszcie obudzę.. no udało się ,
no ale jeszcze kolejny pokój ,
trudno odmówić -zeszło mi prawie godziny.Na wszelki wypadek pakuję zestaw podróżny do samochodu,
czas teraz zrobić śniadanie- najszybciej co potrfie to jajecznica , na szwajcarskim boczku
z polskiej świni , smakuje całkiem nieźle, jednocześnie próbuję zebrać się do kupy,
niczego nie zapomnieć,kolejne 2-3 telefony szybki prysznic ... no nie taki szybki, trzeba sie do człowieczeństwa
doprowadzić , trochę to trwa,,, jestem gotowy.
W firmie mam być o 13, pół godziny drogi , jest za 10 pierwsza a ja jeszcze w proszku,
no ostatni element do bagażnika ( woda) i w drogę .Okazuje się ,że nie musałałem się spieszyć ,
bo szef firmy bedzie dopiero o 16:00.
Jak o 16 ?
Szybko dopijam firmową kawę i opuszczam biuro, bo ja " tam" muszę być dziś , a z szefem firmy umawiam się na dzień następny
( jak zdążę wrócić) :-)
Pani "Ania" gotowa do drogi ok 170 km do Locarno - 2,5 godziny , będzie dobrze...
Mijam jezioro w okolicy Luzern , jadąc na półkach skalnych , widoki wokoło coraz piękniejsze aż dech zapiera , dookoła góry - jeszcze lekko zamglone - w dole piękne jezioro, jadę
tak pół godziny.Temperatura w porządku , ok 22 stopnie - jest fajnie , kurcze następne jezioro i znowu dziesiątki tuneli, półki skalne- pierwszy raz jadę tą
drogą. Szwajcaria coraz piekniejsza, szkoda mi czasu żeby się zatrzymać choć na chwilę , jednak jest fajny parking , taras widokowy , człowiek powzdychał, powciągał
trochę ... dymu tytoniowego
i dalej w drogę.O kurcze coś się dzieje - jakiś korek i wygląda ,że całkiem na mały - widok na kilka kilometrów w przód,
temperatura otoczenia rośnie, poruszam się w tym korku z prędkością światła na pierwszym biegu, i po takiej pół godzinnej jeździe ... pierwszy raz w życiu
zaczynam się trochę bać w drodze..... temperatura otoczenia 32 stopnie , w samochodzie jest ok , ale silnik uuuuuuu , niedobrze , wskaźnik temperatury już sięga czerwonej
kreski - niedobrze , przed chwilą minąłem Holendrów z rozwaloną chłodnicą , a mi chyba termostat się zawiesił.Jedyny pomysł , wyłaczyć kilmę , pootwierać szyby, włączyć normalny nawiew
do samochodu.Korek się rozrzedza, jadę troszkę szybciej , już na drugim biegu , no i jest przyczyna korku , zbliżam się do najdłuższego tunelu w Europie ,( dłuższy jak do tej pory jest tylko w Norwegii)
17 km !!!!!!
Na szczęscie temp. silnika spada
, szczęście bo w tunelu ponad 40 stopni , ale wszyscy jadą równomiernie 80km/h, choć ja trochę jestem ..... no zestrachany,
jak mi auto odmówi posłuszeństwa....
Wreszcie koniec tunelu , za 5 km jest stacja - musze chwilę odpocząć....
Chyba większość podróżujących robi to samo - wielki parking , 10 min przerwy i dalej w drogę.
Znowu widoki dech zapierają ... Lokarno coraz bliżej , ostanie 30 km jadę localnymi drogami, otoczenie wygląda jak bym był już we Włoszech.Na którymś rondzie w przeciwnym
kierunku mijam 4 Grand Rowery, to na pewno te- ale nie próbuję za nimi jechać - zapewne wrócą
, ja muszę do Locarno bo czuję się zmęczony..Wreszcie jest, jadę do ścisłego centrum,
pani Ania kieruje od razu na Plazza Grande , tylko jak tam wjechać jak uliczki o szerokści samochodu, z górki pod górkę - wycofuję się ....., zapewne znajdę parking i podejdę pieszo, zostało dużo czasu, o dziwo
jesdyna droga ,którą mogę się wycofać prowadzi na wzgórze opodal miasta,serpentyny w lewo w prawo , pod górkę , widzę prawie własne tylne światła samochodu- jak oni tu jeżdżą??
Jestem na górze, parking...... o smutku , gdzie ja jestem
..... pięknie , telefon jeden drugi , cieszę się ,że tu jestem . Koncert to jedno, drugie to miejsce jest cudne...
Czas poszukać parkingu blisko miejsca koncertu , udało się do placu ok 500 m , jest super....Chwila odpoczynku - muszę trochę ochłonąć , jest 16- koncert 20:30 , późno, zrozumiałe ze względu na temperaturę.
Teraz w cieniu 33 stopnie- ukrop okropny.
Spacer w poszukiwaniu sceny , po drodze na wszelki wypadek dopytuję czy w dobrą stronę się kieruję , z trudem się dogaduję ,ręce pomagają bo tu prawie wszyscy tylko po włosku gadają....
Trafiłem , piękna romańska zabudowa, wąskie uliczki , na których sąsiedzi rozmawiają (krzyczą
do siebie po włosku , sceny jak z włoskich filmów z lat 60-tych, cudne to jest...
Masa kafejek , restauracji , gwar .. z jednej dobiega znajoma muzyka - zaglądam , w telewizorze koncert DS On The Night- jest jeszcze lepiej....Na placu koncertowym ruch jak w ulu , ale widać wokoło barierki.
Wizja lokalna , co jak gdzie , na razie tylko wzrokiem, dwie rundki dookóla żeby utrwalić lokalizację.Już wiem gdzie nie wolno wchodzić - czyli TAM BĘDĄ
.
Po kilku próbach rozmowy z ochroniarzem dowiaduję się ,że wszyscy przyjeżdżają od tej strony , gdzie własnie stoimy, kolejna ważna informacja...
Krótki spacer nad jezioro- coraz piękniej, wszędzie "śmierdzi" pieniędzmi , dobrymi kosmetykami i wszedzie radość uśmiechy , miłe gesty
.
No teraz trzeba zdobyć więcej informacji bo widzę przynajmniej 10 bramek do wejśćia na plac główny, a wpuszczać mają od 19.
Widzę dość dużą grupę ochraniarzy, przełykając kolejny kęs pizzy (super- grube ciasto , takie jak lubię ), próbuję pytać po niemiecku - pech , sami włosi ani w ząb....
Na głos mówię niby do nich niby do siebie -- "To po jaki c... ja się ucze niemieckiego?"
A jeden z ochraniarzy, czystą polszczyzną - " No to możesz ze mną pogadać "
, kiedy reszta wybałusza oczy , o co chodzi , dostaję kilka ważnych informacji.
Wejście do 19, tylko z jednej strony, ( do mikrofonu 250-300 metrów), miejsca stojące, nie mam co liczyć na jakąś protekcję (ale obiecuję nowo poznanemu koledze ,że ja i tak będę przy mikrofonie),
porządek musi być. No i najważniejsza informacja - nie ma co liczyć ,że załapię sie na jakieś spotkanie z Panem Markiem , przyjadą bardzo późno , a nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie....
Albo niepewne spotkanie - albo mikrofon
.
Wracam do samochodu , szybki prysznic wodą gazowaną
, koszulka , w kieszeni tylko bilet kilka franków i kluczyki, zero dodatkowych obiążeń.
Jest ok 18:00, wracam i oczom przestaję wierzyć , przy przygotowanych sześciu bramkach wejściowych czeka ok 200 osób , myslę no to pozamiatane - czeka mnie 4-5 szereg,,,
ale cierpliwie czekam dopijając wodę , bo i tak nie wolno nic wnosić ( później szlanka wody na placu 5 chf
).
Pojawiają się komunikaty po szwajcarsko- niemiecku i po włosku , co wolno ( czyli nic ) i czego nie wolno....
Przed 19 zaczynają wpuszczać i o dziwo , totalny spokój sprawnie wszyscy przechodzą przez bramki ,żadnych zatorów, pełna kultura, widzę ,że kilka osób spokojnie już podbiega w stronę sceny, mają farta.
Już jestem ,zmierzam spokojnie choć przyspieszonym krokiem w stronę sceny , po drodze zostaje obdarowany chipsami, batonikiem i ciastkiem
- gdzie ja jestem ...
doszedłem do sceny o dziwo na wprost mikrofonu wolne miejsce ... dopytuję na wszelki wypadek - tak wolne .... no to jestem w domu, przede mną za barierką stoi wcześniej poznany polsko języczny ochroniarz. Przypominam mu się - A nie mówiłem
,że tu będę , witamy się serdecznie jak
starzy znajomi
- do koncertu prawie 2 godziny , wliczając "planowane " spóźnienie.
Cały plac w słońcu, siadamy z moimi nowymi znajomymi Z zurichu
na ziemi, chipsy przydają się jako nakrycie głowy, cały plac w słóńcu.....
Wokoło ktoś pali , robi się coraz ciaśniej ale nikt nikomu na plecach nie siedzi... wychodze na chwilę na bok - trzeba zapalić ...... plac się zapełnia ,zazdroszczę ludziom ,
tu mieszkającym , balkony, tarasy balkony super .....
Trzeba się schłodzić - na szczęście zimny heineken kosztuje tyle co woda - nie mam wyboru
, wracam na swoje miejsce, kilka grzecznościowych zdań, w kilku językach,których nie znam , ale co tam....
O 20,30 publika oklaskami próbuje wywołać ekipę, doświadczony kilkoma koncertami mówię sąsiadom ,że spóżnią się przynajmnie 10 minut.
Na scenie 2 kamery, z boku placu kolejne dwie , i cetralnie na wprost kolejna .... fajnie byłoby gdyby nagrywali, ale to tylko przekaz na telebimy...
No i nadchodzi ten moment .... i nie wiem ile razy tak będzie ale przy pierwszych dźwiękach znowu ... ciary. No i prawie dwie godziny super zabawy , momenty zamurowania, ekstazy
Publika - przedział wiekowy 10-80 lat, wszyscy bawią się super.....
Po Piper ja już wiem ,że to noniec
pozostali cały czas wywołują ekipę na kolejny bis, ktoś klepie mnie w ramię , pyta (chyba o to chodziło) czy to juz koniec , odpowiadam po włosku
si finito ... gość patrzy na mnie
TY POLSKA ??? tak ucieszony, no udaje mi się zamienić kilka słów z małżeństwem , mieszkają w locarno i dało się mówić po niemiecko- angielsko-włosko-polsko językiem.
Teraz telefo ,jeden drugi , wrażeń moc - trochę zmartwiony ,że kawałek drogi do domu. Ale nie czuję zmęczenia , może zdrzemnę sie chwilę na parkingu....
Jednak jadę ..., ruszam o 23, w odtwarzaczu koncert z Łodzi umila mi drogę, na szczęście robi się chłodniej.... do domu prawie 200 km , ale tylko 50km landówkami, powinienem spokojnie
do drugiej dojechać.Teraz nigdzie nie musze się spieszyć , spotkanie dopiero o 16 następnego dnia.
Teraz oprócz drogi nic nie widać , ciemno ale na drogach mały ruch , sielankowo... układam trochę w głowie , jak to opowiedzieć...
Autko spisuje się bardzo dobrze , spalanie spadło do poziomu nigdy nie osiągalnego, pije już mniej niż ja....
Jestem już kilka kilometrów od domu , jadąc spokojnie przez małe wioski , na kolejnym skrzyżowaniu widzę w lusterku auto , i jakiś idiota myślę - światła stopu na przedniej szybie
jeszcze jedno zerknięcie - to nie idiota - to policja
, grzecznie proszą żebym się zatrzymał, co posłusznie czynię 
Spokojnie czekam , typowe pytanie po szwajcarsku- widzi moje osłupienie no to po czystemu niemiecku , skąd ,dokąd , po co ...
, daję dokumenty, sprawdza - wszystko ok - szerokiej drogi..
I tak spokojnie dojechałem ostatnie 10 km do "domu" mijając jeszcze 2 nocne patrole policyjne - ale już bez zatrzymanki.
I tak to minął ten dzień - teraz kończąc moją opowieść, pisaną na raty - jestem pod wrażeniem nieskromnie powiem "własnego wariactwa"
Obym Was nie zanudził.
A w najbliższą sobotę pan Marek zagra w Zurichu, może pojadę na kolejne spotkanie z NIM.
Następna trasa pewnie za kilka lat
, więc teraz ile się da...... 
pozdrawiam wszystkich , dzięki za smsy i telefony ......
No to na pewien czas bajka się skończyła .
Jak wracałem wczoraj w nocy, zastanawiałem się co napisac po tym koncercie , i....
ten koncert był jak zwykle, subiektywnie - dla mnie cudny .... i na koniec
"Piper"- super.
Mam nadzieję ,że Was nie zanudzę......
to takie wariackie uczucie , ale jak człek jest trochę ..... podekscytowany to ,
przynajmniej w moim przypadku chce się z tym podzielić ,
pomijając gdzie , kto i jak ...
Wiele miałem dni wyjątkowych w swoi zyciu , ale ten mogę umieścić na górnej półce.
Podobo nie zaczyna się zdania od więc,,
, wstałem wczesnym rankiem ok. 10 , rozdygotany jeszcze po grillu poprzedniego wieczora albo nocy,
zakończyliśmy o 4 nad ranem czyli bladym świtem, ale jako bezrobotny - co mi tam,
powinienem dać radę, szybka kawa , dwa- trzy telefony, kilka maili - ale jakoś nie mogę się poskładać.
Wiem że w firmie mam ok 13 , podobno maja dla mnie pracę , 20 minut drogi to spokojnie zdążę.
Kręcę się po pokoju jak Mr Bean , od czego zacząć,należałoby zjeść jakieś śniadanie ,
kręce się w kuchni , w pokoju obok właściel próbuje wymienić lampę , więc z grzeczności pytam czy nie pomóc ,
jak na złość - jemu ręce trzęsły się mocniej niż my , ja w nocy się trochę oszczędzałem,
a on nie, no i delikatnie stwierdził ,że skoro ja chce pomóc , no to ....
Myślę sobie , 10 minut i zrobione, jak na złośc nic nie pasuje , prądu nie mogę wyłaczyć,
może i dobrze , jak mnie trzaśnie to się wreszcie obudzę.. no udało się ,
no ale jeszcze kolejny pokój ,
trudno odmówić -zeszło mi prawie godziny.Na wszelki wypadek pakuję zestaw podróżny do samochodu,
czas teraz zrobić śniadanie- najszybciej co potrfie to jajecznica , na szwajcarskim boczku
z polskiej świni , smakuje całkiem nieźle, jednocześnie próbuję zebrać się do kupy,
niczego nie zapomnieć,kolejne 2-3 telefony szybki prysznic ... no nie taki szybki, trzeba sie do człowieczeństwa
doprowadzić , trochę to trwa,,, jestem gotowy.
W firmie mam być o 13, pół godziny drogi , jest za 10 pierwsza a ja jeszcze w proszku,
no ostatni element do bagażnika ( woda) i w drogę .Okazuje się ,że nie musałałem się spieszyć ,
bo szef firmy bedzie dopiero o 16:00.
Jak o 16 ?
Szybko dopijam firmową kawę i opuszczam biuro, bo ja " tam" muszę być dziś , a z szefem firmy umawiam się na dzień następny
( jak zdążę wrócić) :-)
Pani "Ania" gotowa do drogi ok 170 km do Locarno - 2,5 godziny , będzie dobrze...
Mijam jezioro w okolicy Luzern , jadąc na półkach skalnych , widoki wokoło coraz piękniejsze aż dech zapiera , dookoła góry - jeszcze lekko zamglone - w dole piękne jezioro, jadę
tak pół godziny.Temperatura w porządku , ok 22 stopnie - jest fajnie , kurcze następne jezioro i znowu dziesiątki tuneli, półki skalne- pierwszy raz jadę tą
drogą. Szwajcaria coraz piekniejsza, szkoda mi czasu żeby się zatrzymać choć na chwilę , jednak jest fajny parking , taras widokowy , człowiek powzdychał, powciągał
trochę ... dymu tytoniowego
i dalej w drogę.O kurcze coś się dzieje - jakiś korek i wygląda ,że całkiem na mały - widok na kilka kilometrów w przód,temperatura otoczenia rośnie, poruszam się w tym korku z prędkością światła na pierwszym biegu, i po takiej pół godzinnej jeździe ... pierwszy raz w życiu
zaczynam się trochę bać w drodze..... temperatura otoczenia 32 stopnie , w samochodzie jest ok , ale silnik uuuuuuu , niedobrze , wskaźnik temperatury już sięga czerwonej
kreski - niedobrze , przed chwilą minąłem Holendrów z rozwaloną chłodnicą , a mi chyba termostat się zawiesił.Jedyny pomysł , wyłaczyć kilmę , pootwierać szyby, włączyć normalny nawiew
do samochodu.Korek się rozrzedza, jadę troszkę szybciej , już na drugim biegu , no i jest przyczyna korku , zbliżam się do najdłuższego tunelu w Europie ,( dłuższy jak do tej pory jest tylko w Norwegii)
17 km !!!!!!
Na szczęscie temp. silnika spada
, szczęście bo w tunelu ponad 40 stopni , ale wszyscy jadą równomiernie 80km/h, choć ja trochę jestem ..... no zestrachany,jak mi auto odmówi posłuszeństwa....
Wreszcie koniec tunelu , za 5 km jest stacja - musze chwilę odpocząć....
Chyba większość podróżujących robi to samo - wielki parking , 10 min przerwy i dalej w drogę.
Znowu widoki dech zapierają ... Lokarno coraz bliżej , ostanie 30 km jadę localnymi drogami, otoczenie wygląda jak bym był już we Włoszech.Na którymś rondzie w przeciwnym
kierunku mijam 4 Grand Rowery, to na pewno te- ale nie próbuję za nimi jechać - zapewne wrócą
, ja muszę do Locarno bo czuję się zmęczony..Wreszcie jest, jadę do ścisłego centrum, pani Ania kieruje od razu na Plazza Grande , tylko jak tam wjechać jak uliczki o szerokści samochodu, z górki pod górkę - wycofuję się ....., zapewne znajdę parking i podejdę pieszo, zostało dużo czasu, o dziwo
jesdyna droga ,którą mogę się wycofać prowadzi na wzgórze opodal miasta,serpentyny w lewo w prawo , pod górkę , widzę prawie własne tylne światła samochodu- jak oni tu jeżdżą??

Jestem na górze, parking...... o smutku , gdzie ja jestem
..... pięknie , telefon jeden drugi , cieszę się ,że tu jestem . Koncert to jedno, drugie to miejsce jest cudne...Czas poszukać parkingu blisko miejsca koncertu , udało się do placu ok 500 m , jest super....Chwila odpoczynku - muszę trochę ochłonąć , jest 16- koncert 20:30 , późno, zrozumiałe ze względu na temperaturę.
Teraz w cieniu 33 stopnie- ukrop okropny.
Spacer w poszukiwaniu sceny , po drodze na wszelki wypadek dopytuję czy w dobrą stronę się kieruję , z trudem się dogaduję ,ręce pomagają bo tu prawie wszyscy tylko po włosku gadają....
Trafiłem , piękna romańska zabudowa, wąskie uliczki , na których sąsiedzi rozmawiają (krzyczą
do siebie po włosku , sceny jak z włoskich filmów z lat 60-tych, cudne to jest...Masa kafejek , restauracji , gwar .. z jednej dobiega znajoma muzyka - zaglądam , w telewizorze koncert DS On The Night- jest jeszcze lepiej....Na placu koncertowym ruch jak w ulu , ale widać wokoło barierki.
Wizja lokalna , co jak gdzie , na razie tylko wzrokiem, dwie rundki dookóla żeby utrwalić lokalizację.Już wiem gdzie nie wolno wchodzić - czyli TAM BĘDĄ
.Po kilku próbach rozmowy z ochroniarzem dowiaduję się ,że wszyscy przyjeżdżają od tej strony , gdzie własnie stoimy, kolejna ważna informacja...
Krótki spacer nad jezioro- coraz piękniej, wszędzie "śmierdzi" pieniędzmi , dobrymi kosmetykami i wszedzie radość uśmiechy , miłe gesty
.No teraz trzeba zdobyć więcej informacji bo widzę przynajmniej 10 bramek do wejśćia na plac główny, a wpuszczać mają od 19.
Widzę dość dużą grupę ochraniarzy, przełykając kolejny kęs pizzy (super- grube ciasto , takie jak lubię ), próbuję pytać po niemiecku - pech , sami włosi ani w ząb....
Na głos mówię niby do nich niby do siebie -- "To po jaki c... ja się ucze niemieckiego?"
A jeden z ochraniarzy, czystą polszczyzną - " No to możesz ze mną pogadać "
, kiedy reszta wybałusza oczy , o co chodzi , dostaję kilka ważnych informacji.Wejście do 19, tylko z jednej strony, ( do mikrofonu 250-300 metrów), miejsca stojące, nie mam co liczyć na jakąś protekcję (ale obiecuję nowo poznanemu koledze ,że ja i tak będę przy mikrofonie),
porządek musi być. No i najważniejsza informacja - nie ma co liczyć ,że załapię sie na jakieś spotkanie z Panem Markiem , przyjadą bardzo późno , a nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie....
Albo niepewne spotkanie - albo mikrofon
.Wracam do samochodu , szybki prysznic wodą gazowaną
, koszulka , w kieszeni tylko bilet kilka franków i kluczyki, zero dodatkowych obiążeń.Jest ok 18:00, wracam i oczom przestaję wierzyć , przy przygotowanych sześciu bramkach wejściowych czeka ok 200 osób , myslę no to pozamiatane - czeka mnie 4-5 szereg,,,
ale cierpliwie czekam dopijając wodę , bo i tak nie wolno nic wnosić ( później szlanka wody na placu 5 chf
).Pojawiają się komunikaty po szwajcarsko- niemiecku i po włosku , co wolno ( czyli nic ) i czego nie wolno....
Przed 19 zaczynają wpuszczać i o dziwo , totalny spokój sprawnie wszyscy przechodzą przez bramki ,żadnych zatorów, pełna kultura, widzę ,że kilka osób spokojnie już podbiega w stronę sceny, mają farta.
Już jestem ,zmierzam spokojnie choć przyspieszonym krokiem w stronę sceny , po drodze zostaje obdarowany chipsami, batonikiem i ciastkiem
- gdzie ja jestem ...doszedłem do sceny o dziwo na wprost mikrofonu wolne miejsce ... dopytuję na wszelki wypadek - tak wolne .... no to jestem w domu, przede mną za barierką stoi wcześniej poznany polsko języczny ochroniarz. Przypominam mu się - A nie mówiłem
,że tu będę , witamy się serdecznie jak starzy znajomi
- do koncertu prawie 2 godziny , wliczając "planowane " spóźnienie.
Cały plac w słońcu, siadamy z moimi nowymi znajomymi Z zurichu
na ziemi, chipsy przydają się jako nakrycie głowy, cały plac w słóńcu.....Wokoło ktoś pali , robi się coraz ciaśniej ale nikt nikomu na plecach nie siedzi... wychodze na chwilę na bok - trzeba zapalić ...... plac się zapełnia ,zazdroszczę ludziom ,
tu mieszkającym , balkony, tarasy balkony super .....
Trzeba się schłodzić - na szczęście zimny heineken kosztuje tyle co woda - nie mam wyboru
, wracam na swoje miejsce, kilka grzecznościowych zdań, w kilku językach,których nie znam , ale co tam....O 20,30 publika oklaskami próbuje wywołać ekipę, doświadczony kilkoma koncertami mówię sąsiadom ,że spóżnią się przynajmnie 10 minut.
Na scenie 2 kamery, z boku placu kolejne dwie , i cetralnie na wprost kolejna .... fajnie byłoby gdyby nagrywali, ale to tylko przekaz na telebimy...
No i nadchodzi ten moment .... i nie wiem ile razy tak będzie ale przy pierwszych dźwiękach znowu ... ciary. No i prawie dwie godziny super zabawy , momenty zamurowania, ekstazy
Publika - przedział wiekowy 10-80 lat, wszyscy bawią się super.....
Po Piper ja już wiem ,że to noniec
pozostali cały czas wywołują ekipę na kolejny bis, ktoś klepie mnie w ramię , pyta (chyba o to chodziło) czy to juz koniec , odpowiadam po włosku
si finito ... gość patrzy na mnie TY POLSKA ??? tak ucieszony, no udaje mi się zamienić kilka słów z małżeństwem , mieszkają w locarno i dało się mówić po niemiecko- angielsko-włosko-polsko językiem.
Teraz telefo ,jeden drugi , wrażeń moc - trochę zmartwiony ,że kawałek drogi do domu. Ale nie czuję zmęczenia , może zdrzemnę sie chwilę na parkingu....
Jednak jadę ..., ruszam o 23, w odtwarzaczu koncert z Łodzi umila mi drogę, na szczęście robi się chłodniej.... do domu prawie 200 km , ale tylko 50km landówkami, powinienem spokojnie
do drugiej dojechać.Teraz nigdzie nie musze się spieszyć , spotkanie dopiero o 16 następnego dnia.
Teraz oprócz drogi nic nie widać , ciemno ale na drogach mały ruch , sielankowo... układam trochę w głowie , jak to opowiedzieć...
Autko spisuje się bardzo dobrze , spalanie spadło do poziomu nigdy nie osiągalnego, pije już mniej niż ja....

Jestem już kilka kilometrów od domu , jadąc spokojnie przez małe wioski , na kolejnym skrzyżowaniu widzę w lusterku auto , i jakiś idiota myślę - światła stopu na przedniej szybie

jeszcze jedno zerknięcie - to nie idiota - to policja
, grzecznie proszą żebym się zatrzymał, co posłusznie czynię 
Spokojnie czekam , typowe pytanie po szwajcarsku- widzi moje osłupienie no to po czystemu niemiecku , skąd ,dokąd , po co ...
, daję dokumenty, sprawdza - wszystko ok - szerokiej drogi..I tak spokojnie dojechałem ostatnie 10 km do "domu" mijając jeszcze 2 nocne patrole policyjne - ale już bez zatrzymanki.
I tak to minął ten dzień - teraz kończąc moją opowieść, pisaną na raty - jestem pod wrażeniem nieskromnie powiem "własnego wariactwa"
Obym Was nie zanudził.
A w najbliższą sobotę pan Marek zagra w Zurichu, może pojadę na kolejne spotkanie z NIM.
Następna trasa pewnie za kilka lat
, więc teraz ile się da...... 
pozdrawiam wszystkich , dzięki za smsy i telefony ......

