10.02.2007, 13:03
Communique....
Rozstrzepany i nadpobudliwy 13latek pedem wybiega ze szkoly (gimnazjum). Ma 5 minut na dotarcie do przystanku autobusowego... Tak, wtorek. W kazdy wtorek jezdzi do pobliskiej Czestochowy na kurs angielskiego. Tak tez bylo i w ten pazdziernikowy, pochmurny dzien. Wtorkowym eskapadom zazwyczaj towarzyszylo poczucie zmeczenia i syndromu KWKBS (kiedy w koncu bedzie sroda). Tego dnia jednak bylo inaczej....Nastolatek mial przy sobie dwumiesieczne kieszonkowe i juz nie mogl sie doczekac skonczonych zajec i wizyty w Media Markt....
Stal na przeciw regalu z literka D i przebieral miedzy plytami. Szukal tej jednej jedynej. Nie, nie znal jej nazwy. Nie wiedzial kiedy powstala, nie wiedzial co na niej jest - i o to chodzilo. Mial jedno kryterium - na tej plycie ma byc jak najmniej utworow ktore znal. Ta plyta miala byc nie tylko another brick in his collection, ale takze uzupelnieniem muzycznej swiadomosc i wiedzy z dziedziny Strasznych Tarapatow. Po kwadransie mozolnych porownan i analiz, drzacymi rekami wlozyl do koszyka niebieski album o zabarwionym francuskim znaczkiem tytule Communique...
Podroz do domu dluzyla sie niemilosiernie....
"Nie mamo, nie jestem glodny. Tak wszystko ok na zajeciach. To ja juz pojde spac. Dobranoc." Chwile potem lezal juz w lozku ze sluchawkami na uszach, blekitnym krazkiem w discmanie i przy zgaszonym swietle, pelen ciekawosci, napiecia, ale takze euforii...nacisnal play...
Pierwsza nuta..slide na dzwiek G na strunie H....i setki rekacji. Cialo nieudolnie broni sie przed atakiem ciarek, w glowie obrazy dzikiego zachodu wyryte przez namietnie ogladane westerny, w sercu cieplo, jakby ktos rozlal najlepsze, francuskie, a jakze, wino. Once upon a time in the West kolysze spokojnie, ale z pazurem, przenosi w inny swiat - ten ktorego nikomu juz dzis nie dane jest poznac....Ale moment. Cos sie nie zgadza. W tekscie nie ma nic o traperach, szeryfach, indianach...jest o przechodniach, przekracaniu limitu predkosci, a takze krainie miodem i mlekiem plynacej (land of plenty..). Wtedy dopiero nasunela sie dzieciakowi inna interpretacja Zachodu. Europejskiego Zachodu. Ale chlopiec do dzis dnia nie jest pewien czy utwor ten nie jest fuzja Starego i Nowego kontynentu, poddajacy sie sie kazdej recepcji, wedle upodobania sluchajacego. Ale czy to wazne? Dzis juz tak, wtedy jeszcze nie. Na szczescie jedno pozostalo takie samo, zarowno 7 lat temu jak i dzis nut wydobywane przez Knopflera czaruja, a dynamicznie akcentujace bebny i dodajace posmaku klawisze potwierdzaja geniusz calego zespolu... Nadszedl czas na wiesci. Wiadomosci dobre i zle. Pachnace McCartneyowym poczuciem slodyczy i inwencji w pisaniu opowiesci, pozwalaja zapomniec o calym swiecie i dac sie uniesc ich fali. Nieraz kolysaly chlopczyka do snu, co absolutnie nie jest wada. Wrecz przeciwnie. Angielska kraina lagodnosci. Ale tak naprawde to tylko preludium, bo gdy lezace w lozku dziecko zaczelo nieswiadomie odchodzic w swiat snow, ktos brutalnie go zawrocil. A ty dokad sie wybierasz? Nie wiesz ze jest juz ciemno? Zostan lepiej ze mna! I zostal...az do konca. Where do you think you're going to nie tylko przepiekna ballada epatujaca bolem. To takze przepieknie rozwijajacy sie watek muzyczny - od bardzo skromnego, akustycznego, do porywajacego w wir szalenstwa. I znow ta gitara...tak momentami oszczedna, a tak powalajaca. Chcialoby sie by nigdy nie przestala wybrzmiewac. 3 kolejne utwory zostaly odebrane juz w stanie calkowitej trzezwosci, jako ze chlopakowi konkretnie odechcialo sie spac. Communique, Lady Writer i Angel of Mercy to proste, lecz chwytliwe kawalki. Pachna rock'n'rollem i brytyjskim powietrzem, jednakze nie wywarly oszalamiajacego wrazenia w tamtej chwili na opatulonym koldra sluchaczu. Nic dziwnego - wszak trudno po jednym szczytowaniu od razu dojsc drugi raz. Na bardziej cieply odbior 3 wspomniane utwory musialy poczekac pare tygodni. Nie musialy natomiast Portobello Belle i Single Handed Sailor. Ten pierwszy dzieki swojemu wrecz recytatorskiemu sposobowi przekazu tresci, ten drugi dzieki cudownej, przejmujacej morskim chlodem gitarze, klimatowi i dynamice. Zeglarz to podroz po rzadzacym sie swoimi prawami swiecie dokow, sztormow i groznych bosmanow. Chlopiec wyplynal razem z nimi...ale tesknota za domem nie dawala spokoju. Wzbudzila natomiast marzenia - niech dom podaza za mna. Follow me home... Niekoniecznie sciany, meble i sznurki na pranie. Niech wszedzie tam gdzie jestesmy my, bedzie tez domowa atmosfera, zyczliwi ludzie, poczucie bezpieczenstwa. Koniec wienczy dzielo - przepiekna ballada zamyka krazek, podsumowujac, bardzo rowny, trzymajacy klimat, pieknie nagrany (jakosc dzwieku), z utworami ktorcyh nigdy nie przykryje wartswa kurzu. Ale co sie stalo z naszym bohaterem? Chlopiec stal na pokladzie zwrocony twarza ku domu. W rozpuszczonych czarncyh wlosach kapaly sie ostatnie promienie slonca, a poszarpana koszula bawil sie wiatr. Snil przecudnie przez cala noc......
Rozstrzepany i nadpobudliwy 13latek pedem wybiega ze szkoly (gimnazjum). Ma 5 minut na dotarcie do przystanku autobusowego... Tak, wtorek. W kazdy wtorek jezdzi do pobliskiej Czestochowy na kurs angielskiego. Tak tez bylo i w ten pazdziernikowy, pochmurny dzien. Wtorkowym eskapadom zazwyczaj towarzyszylo poczucie zmeczenia i syndromu KWKBS (kiedy w koncu bedzie sroda). Tego dnia jednak bylo inaczej....Nastolatek mial przy sobie dwumiesieczne kieszonkowe i juz nie mogl sie doczekac skonczonych zajec i wizyty w Media Markt....
Stal na przeciw regalu z literka D i przebieral miedzy plytami. Szukal tej jednej jedynej. Nie, nie znal jej nazwy. Nie wiedzial kiedy powstala, nie wiedzial co na niej jest - i o to chodzilo. Mial jedno kryterium - na tej plycie ma byc jak najmniej utworow ktore znal. Ta plyta miala byc nie tylko another brick in his collection, ale takze uzupelnieniem muzycznej swiadomosc i wiedzy z dziedziny Strasznych Tarapatow. Po kwadransie mozolnych porownan i analiz, drzacymi rekami wlozyl do koszyka niebieski album o zabarwionym francuskim znaczkiem tytule Communique...
Podroz do domu dluzyla sie niemilosiernie....
"Nie mamo, nie jestem glodny. Tak wszystko ok na zajeciach. To ja juz pojde spac. Dobranoc." Chwile potem lezal juz w lozku ze sluchawkami na uszach, blekitnym krazkiem w discmanie i przy zgaszonym swietle, pelen ciekawosci, napiecia, ale takze euforii...nacisnal play...
Pierwsza nuta..slide na dzwiek G na strunie H....i setki rekacji. Cialo nieudolnie broni sie przed atakiem ciarek, w glowie obrazy dzikiego zachodu wyryte przez namietnie ogladane westerny, w sercu cieplo, jakby ktos rozlal najlepsze, francuskie, a jakze, wino. Once upon a time in the West kolysze spokojnie, ale z pazurem, przenosi w inny swiat - ten ktorego nikomu juz dzis nie dane jest poznac....Ale moment. Cos sie nie zgadza. W tekscie nie ma nic o traperach, szeryfach, indianach...jest o przechodniach, przekracaniu limitu predkosci, a takze krainie miodem i mlekiem plynacej (land of plenty..). Wtedy dopiero nasunela sie dzieciakowi inna interpretacja Zachodu. Europejskiego Zachodu. Ale chlopiec do dzis dnia nie jest pewien czy utwor ten nie jest fuzja Starego i Nowego kontynentu, poddajacy sie sie kazdej recepcji, wedle upodobania sluchajacego. Ale czy to wazne? Dzis juz tak, wtedy jeszcze nie. Na szczescie jedno pozostalo takie samo, zarowno 7 lat temu jak i dzis nut wydobywane przez Knopflera czaruja, a dynamicznie akcentujace bebny i dodajace posmaku klawisze potwierdzaja geniusz calego zespolu... Nadszedl czas na wiesci. Wiadomosci dobre i zle. Pachnace McCartneyowym poczuciem slodyczy i inwencji w pisaniu opowiesci, pozwalaja zapomniec o calym swiecie i dac sie uniesc ich fali. Nieraz kolysaly chlopczyka do snu, co absolutnie nie jest wada. Wrecz przeciwnie. Angielska kraina lagodnosci. Ale tak naprawde to tylko preludium, bo gdy lezace w lozku dziecko zaczelo nieswiadomie odchodzic w swiat snow, ktos brutalnie go zawrocil. A ty dokad sie wybierasz? Nie wiesz ze jest juz ciemno? Zostan lepiej ze mna! I zostal...az do konca. Where do you think you're going to nie tylko przepiekna ballada epatujaca bolem. To takze przepieknie rozwijajacy sie watek muzyczny - od bardzo skromnego, akustycznego, do porywajacego w wir szalenstwa. I znow ta gitara...tak momentami oszczedna, a tak powalajaca. Chcialoby sie by nigdy nie przestala wybrzmiewac. 3 kolejne utwory zostaly odebrane juz w stanie calkowitej trzezwosci, jako ze chlopakowi konkretnie odechcialo sie spac. Communique, Lady Writer i Angel of Mercy to proste, lecz chwytliwe kawalki. Pachna rock'n'rollem i brytyjskim powietrzem, jednakze nie wywarly oszalamiajacego wrazenia w tamtej chwili na opatulonym koldra sluchaczu. Nic dziwnego - wszak trudno po jednym szczytowaniu od razu dojsc drugi raz. Na bardziej cieply odbior 3 wspomniane utwory musialy poczekac pare tygodni. Nie musialy natomiast Portobello Belle i Single Handed Sailor. Ten pierwszy dzieki swojemu wrecz recytatorskiemu sposobowi przekazu tresci, ten drugi dzieki cudownej, przejmujacej morskim chlodem gitarze, klimatowi i dynamice. Zeglarz to podroz po rzadzacym sie swoimi prawami swiecie dokow, sztormow i groznych bosmanow. Chlopiec wyplynal razem z nimi...ale tesknota za domem nie dawala spokoju. Wzbudzila natomiast marzenia - niech dom podaza za mna. Follow me home... Niekoniecznie sciany, meble i sznurki na pranie. Niech wszedzie tam gdzie jestesmy my, bedzie tez domowa atmosfera, zyczliwi ludzie, poczucie bezpieczenstwa. Koniec wienczy dzielo - przepiekna ballada zamyka krazek, podsumowujac, bardzo rowny, trzymajacy klimat, pieknie nagrany (jakosc dzwieku), z utworami ktorcyh nigdy nie przykryje wartswa kurzu. Ale co sie stalo z naszym bohaterem? Chlopiec stal na pokladzie zwrocony twarza ku domu. W rozpuszczonych czarncyh wlosach kapaly sie ostatnie promienie slonca, a poszarpana koszula bawil sie wiatr. Snil przecudnie przez cala noc......
You do what you want to
You go your own sweet way...
You go your own sweet way...

