05.07.2010, 15:36
Kurde starzy fani DS sie odzywają to naprawdę wzruszajace opowieści...Pięknie opowiadacie i dzielicie sie wspomnieniami.
Jako że słowo mówione różni się od pisanego to i ode mnie kilka słów wyłącznie zachwytu bo generalnie dla mnie wrocławski koncert Marka Knopflera nie miał słabych punktów.
Chłonąłem każdą minutę z drżeniem serca i wolałem nie myśleć że każdy utwór przybliża nas do fianału. Bardzo często podczas audycji pytałem o odbior koncertu. Czy jako całość czy może jakieś konkretne utwory wryły się w pamięć. Przeważala ta pierwsza opcja. Ja jednak wypunktowałem sobie wyróżnające momenty.
Border Reiver- kapitalne i porywające otwarcie. Wersja jeszcze lepsza od studyjnej
Potem za ciosem What It Is zawsze wspaniałe i na koniec tych osobistych podróży Marka Knopflera Sailing To Philadephia.
Dwie niespodzianki piątkowego wieczoru obok siebie Coyote i Prairie Wedding. I znów ten pierwszy dużo ciekawszy niż z TRD. Przede wszystkim bardziej rozbudowany i w końcu głos, wokal Marka usłyszalem jak należy bo pierwsze trzy utwory to jeszcze nie było to. Prairie Wedding- magia
Czas na dIRE sTRAITS. Romeo And Juliet w wykonaniu uroczym i romantyczno wzruszającym. Sułtani troszeczke mam wrażenie od niechcenia. To była zupełnie inna wersja. Trochę za leciutka jak dla mnie ale ok. Sułtani zawsze będa mieć swietny aplauz. I tak bylo.
Kapitalna wersja Done With Bonaparte i duża w tym zasluga Mike'a McGoldricka który wymiatał na flecie czy dudach niezwykłe partie. To samo John McCusker. Mark ma nosa do świetnych instrumentalistów.
Marbletown- porywało jeszcze bardziej niż z poprzedniej trasy. I czy muszę mówić że wersja z plyty wypada blado?
Speedway to kiler koncertowy to wiemy wszyscy i miejsca siedzace przy takich kawałkach o takim potencjale rockowym nie pozwalały usiedzieć w jednej pozycji. Tzn. czego innego domgało się ciało i wszystkie emocje.
Telegraph Road- mistrzostwo świata. Ale tak zawsze było
I w tym miejscu byliśmy pod sceną. Mark może dwa metry od nas. Skupiony i w doskonałej formie. Głos uciekł wiec może dobrze się stało że miejsca były siedzace bo glośniki byly wystawione duzo do przodu wiec tam na pewno nie powinno nas być
Brothers In Arms to utwor mojego życcia wiec prawie sie poplakalem.
So Far Away- trochę brakowalo mi wydlużonego intra jak to mialo miejsce bodajże w Kolonii. Tak samo brakowalo mi troche lepiej nagłośninego fletu Michalea McGoldricka w Speedway.
Długo czekaliśmy na wielki finał. Ale było warto bo to byla przecudna wersja Piper To The End z niekończacym sie solo gitary.
Kurcze wlasnie zdalem sobie sprawe że wypunktowalem caly koncert. Koncert marzenie po którym chce sie wiecej. Thaaaaaaank You Mark
Super bylo sie spotkać w Przekrecie. Dzieki za nocne polakow rozmowy. Wiedzialem że jesteście wspaniali. Maćkowi macsa za przygotowanie miejsca wielkie dzieki. To byl wspanialy niezapomniany wieczór z MK a potem z Wami.
Jako że słowo mówione różni się od pisanego to i ode mnie kilka słów wyłącznie zachwytu bo generalnie dla mnie wrocławski koncert Marka Knopflera nie miał słabych punktów.
Chłonąłem każdą minutę z drżeniem serca i wolałem nie myśleć że każdy utwór przybliża nas do fianału. Bardzo często podczas audycji pytałem o odbior koncertu. Czy jako całość czy może jakieś konkretne utwory wryły się w pamięć. Przeważala ta pierwsza opcja. Ja jednak wypunktowałem sobie wyróżnające momenty.
Border Reiver- kapitalne i porywające otwarcie. Wersja jeszcze lepsza od studyjnej
Potem za ciosem What It Is zawsze wspaniałe i na koniec tych osobistych podróży Marka Knopflera Sailing To Philadephia.
Dwie niespodzianki piątkowego wieczoru obok siebie Coyote i Prairie Wedding. I znów ten pierwszy dużo ciekawszy niż z TRD. Przede wszystkim bardziej rozbudowany i w końcu głos, wokal Marka usłyszalem jak należy bo pierwsze trzy utwory to jeszcze nie było to. Prairie Wedding- magia
Czas na dIRE sTRAITS. Romeo And Juliet w wykonaniu uroczym i romantyczno wzruszającym. Sułtani troszeczke mam wrażenie od niechcenia. To była zupełnie inna wersja. Trochę za leciutka jak dla mnie ale ok. Sułtani zawsze będa mieć swietny aplauz. I tak bylo.
Kapitalna wersja Done With Bonaparte i duża w tym zasluga Mike'a McGoldricka który wymiatał na flecie czy dudach niezwykłe partie. To samo John McCusker. Mark ma nosa do świetnych instrumentalistów.
Marbletown- porywało jeszcze bardziej niż z poprzedniej trasy. I czy muszę mówić że wersja z plyty wypada blado?
Speedway to kiler koncertowy to wiemy wszyscy i miejsca siedzace przy takich kawałkach o takim potencjale rockowym nie pozwalały usiedzieć w jednej pozycji. Tzn. czego innego domgało się ciało i wszystkie emocje.
Telegraph Road- mistrzostwo świata. Ale tak zawsze było
I w tym miejscu byliśmy pod sceną. Mark może dwa metry od nas. Skupiony i w doskonałej formie. Głos uciekł wiec może dobrze się stało że miejsca były siedzace bo glośniki byly wystawione duzo do przodu wiec tam na pewno nie powinno nas być

Brothers In Arms to utwor mojego życcia wiec prawie sie poplakalem.
So Far Away- trochę brakowalo mi wydlużonego intra jak to mialo miejsce bodajże w Kolonii. Tak samo brakowalo mi troche lepiej nagłośninego fletu Michalea McGoldricka w Speedway.
Długo czekaliśmy na wielki finał. Ale było warto bo to byla przecudna wersja Piper To The End z niekończacym sie solo gitary.
Kurcze wlasnie zdalem sobie sprawe że wypunktowalem caly koncert. Koncert marzenie po którym chce sie wiecej. Thaaaaaaank You Mark

Super bylo sie spotkać w Przekrecie. Dzieki za nocne polakow rozmowy. Wiedzialem że jesteście wspaniali. Maćkowi macsa za przygotowanie miejsca wielkie dzieki. To byl wspanialy niezapomniany wieczór z MK a potem z Wami.
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
To make your whole life better
Your whole life better one day

