07.08.2010, 17:15
Nadal się zastanawiam, dlaczego w repertuarze koncertów Marka jest w zasadzie ten sam materiał od 2005 roku, nieznacznie różniący paroma utworami. Tylko "Telegraph Road", "Romeo And Juliet", "Sultans Of Swing", Brothers In Arms", "Walk Of Life", Money For Nothing". Nic więcej - przydałoby się "Tunnel Of Love" - chociaż to... no nędznie. Utwory z jego solowych płyt niestety nie dorównują tym z Dire Straits. Za mało werwy w nich. Na koncertach potrafi przyłożyć przecież solówkami, podoba mi się koncertowa wersja z bootlegów z 2005 "Boom, Like That", i z ostatniej trasy "Hill Farmer's Blues" i "Speedway At Nazareth" - dosyć się wysila przy tych solówkach, dobrze pasowałyby te utwory w repertuarze Dire Straits, ale reszta? No smęci... Nie wiem... może mu się nie chce wracać do starych utworów. Ile można grać to samo, a przecież tyle wspaniałego materiału zostawił na wcześniejszych płytach. Odnośnie solowych płyt - na "Golden Heart" werwa była, na "Sailing..." też, ale mniej, ale te płyty się podobały, nie tak jak na "Shangri-La", gdzie jasnym punktem było tylko "Boom, Like That", na "Kill To Get Crimson" też na palcach jednej ręki można policzyć dobre utwory. U Marka zanikło to co najważniejsze - dobre solówki, trochę mi przypomina to wszystko późnego, nudnego Nalepę. Niestety - ostatnie 4 płyty Marka odstają od reszty jego dorobku, ale gdyby się pozbierało najlepsze fragmenty - wyszłaby płyta naprawdę znakomita. No nic nie poradzimy, niby nie jest źle jak się słucha tych płyt, ale jakiś niedosyt pozostaje. To już muzyka dla wymagających, takich jak my fanów, która nowych fanów Markowi nie dostarczy. Ale on chyba tego nie chce. Swoje zarobił, robi to co lubi. A swoją drogą to ewenement w świecie rocka, żeby tak się "stoczyć" z pozycji wyrobionej dzięki "Brothers In Arms". Ale on to zrobił na własne życzenie i raczej trzeba go podziwiać za to, że zszedł ze sceny wraz z Dire Straits triumfalnie. Dire Straits należy się taki sam szacunek jak Led Zeppelin, Pink Floyd, ale jakoś Mark o to nie dba. Nikt z młodzieży nie chce grać takiej muzyki, rozwinąć stylu, który stworzył Mark, dodać nowe elementy. Jest kupa tribute-bandów, ale nikt nie czerpie z jego muzyki z artystów profesjonalnie teraz działających. A przecież technika gry Knopflera jest powalająca i gdyby jakiś młody gitarzysta zaprezentowałby takie umiejętności w jakimś znanym zespole - byłby znów uznany za jakiegoś boga gitary. Szkoda. Moim zdaniem tak naprawdę do przodu idzie scena progresywna i metal, reszta gatunków stoi w miejscu.
Nie gram z nut, gram z serca

