BET: co do autorytatywnego sposobu pisania: każdy z nas ma wiedzę i określony pogląd na poczynania naszych ulubieńców. I każdy chciałby się tym wykazać, są tzw. starzy wyjadacze, którzy nie lubią jak młodszy próbuje zmieniać ogólnie przyjęty obraz. Dyskusje na tym forum nie są po to, żeby wzajemnie poklepywać się po plecach, tylko dążyć do jakiś konstruktywnych wniosków. Dla każdego z nas twórczość DS/MK ma duże znaczenie, to część naszego życia, dlatego z taką pasją piszemy o tym i czasem kłótnie/kolizja poglądów są nie do uniknięcia. A piszę dość stanowczym tonem, bo po pierwsze facet ze mnie, a po drugie znamy się tylko z tego forum i porozumiewamy się tylko na płaszczyźnie MK/DS. Nikt z nas nie lubi, gdy czyjeś posty są ignorowane, czy głupio komentowane, a spotykałem się z tym i spotykam wielokrotnie na innych forach. To należy do tych bardziej kulturalnych. Ale też zależy mi na jakiejś nici porozumienia. Staram się pisać profesjonalnie i rzeczowo. Staram się - co nie znaczy, że to do końca potrafię. I nie narzucam nikomu swoich poglądów. Rozumiem, że to co piszę może się nie podobać.
1. Kocham DS i bardzo wysoko oceniam wszystkie poczynania tego zespołu, ale nie podchodzę do wszystkiego bezkrytycznie. Nie jestem pewien co do jakichkolwiek definicji w muzyce rockowej. Ale spróbuję to wyjaśnić. Działalność DS rozbiłbym na dwa okresy: pierwszy to ten od momentu powstania zespołu aż po koncertówkę „Alchemy Live”. Drugi to ten od wydania „Brothers In Arms” po ostatni koncert z trasy „On Every Street”.
Tożsamość DS: to dla mnie zespół rockowy. Tak jak Mirek pisze – gitary i bębny. Z naciskiem na gitary – akompaniującą i prowadzącą. I tu dochodzimy do filaru grupy czyli fenomenalnej gitary Knopflera i jego uroczo niechlujnego śpiewu. Oryginalne zjawisko. Szczególnie podoba mi się jego wirtuozowska technika, bez praktycznie żadnych wspomagaczy brzmieniowo-gitarowych. Nie należy zapominać o tej specyficznej brytyjskiej, kameralnej atmosferze na pierwszych płytach i poetyckich tekstach lidera, lekko coutry’owym klimacie, znakomicie sprawdzającym się w połączeniu z rockiem. Tak wygląda obraz dwóch pierwszych płyt. Następnie rozwinięto styl na „Making Movies” i „Love Over Gold”. I nadal mamy świetne, czyste fenderowskie rozbudowane solówki i kameralną atmosferę przeplatającą się już z progresywnym rozmachem (którego jestem zwolennikiem) – „Love Over Gold” i „Alchemy”. „Telegrach Road” to moim zdaniem jeden z najlepszych progresywno-rockowych utworów lat 80.! I ten pierwszy okres jest dla mnie syntezą i definicją Dire Straits. Znaki szczególne DS wg. mnie – soczyste fenderowskie solówki Knopflera, brytyjski klimat, klawisze Roya Bittana i Alana Clarka, a wcześniej akompaniująca gitara Davida Knopflera. No i jeszcze to urocze gitarowe logo DS, którego od "LOG" nie widać. Mimo roszad personalnych czuć na tych płytach radość ze wspólnego grania. Kocham też filmowe dzieła Knopflera - "Local Hero" i "Cal". Bardzo dużo tam z zasadniczego stylu grupy i wiele kompozycji mogłoby się ukazać na płytach DS.
Drugi okres jest już pod wieloma względami inny. „Brothers In Arms” to świetna płyta, ale nagrana wyraźnie w celu osiągnięcia sukcesu komercyjnego. Udało się i chwała zespołowi za to. Ale zniknęły już uwielbiane przeze mnie dynamiczne fenderowskie solówki, co było znakiem starego DS. Knopfler zaczął grać subtelnie, w zasadzie trącać strunami. Diametralnie zmienił styl. Użył przesterowanego Gibsona i grał mniej technicznie. Jedynie w „One World” można było doszukać się starego DS. Ale jak wiemy to nie najlepszy utwór na płycie „BIA”. Zresztą w moim rankingu DS ta płyta nie zajmuje czołowego miejsca. I też nie grają tu tylko muzycy DS. Jeśli mamy zasadniczy zespół to powinien być to ten zespół, a nie wspomagany przez niezliczoną ilość dodatkowych „lepszych” muzyków. To zakrawa na solowe dzieło Knopflera.
„On Every Street” to jeszcze dalej idące odejście od zasadniczego stylu grypy. Doceniam rozwój i szukanie nowych środków wyrazu, ale nie lubię zbytniego odchodzenia od tego co stare i lubiane. Znów nie słychać świetnych technicznych solówek. W zasadzie kilka utworów przywołuje dawnego ducha DS – „On Every Street”, „Planet Of The New Orleans” i „You And Your Friend”. Jedynym spoiwem łączącym dawny i nowy okres w działalności DS to śpiew Marka i klawisze Alana. Mnóstwo muzyków sesyjnych niezwiązanych dotąd z DS. A brytyjski klimat zmienił się w bardziej amerykański, ktoś kiedyś powiedział, że sam Knopfler stał się bardziej amerykański. Uwielbiam obie ostatnie płyty DS, ale bardziej „direstraitsowe” są wg. mnie 4 pierwsze płyty plus „Alchemy”. Reszta zakrawa na solową twórczość Knopflera.
Trasy koncertowe w 1991 i 1992 r. były piękne, ale duch DS w nich trochę zniknął. Ale to tylko moje zdanie.
Definicji właściwej nie ma, bo każdy ma swój pogląd i gust.
2. Myślę, że komercyjny sukces, a co za tym idzie wielkie i wyczerpujące trasy koncertowe i popularność szyldu Dire Straits zmęczyły Marka, że postanowił grać on pod własnym szyldem, co zmniejszyło zainteresowanie jego działalnością. Gdyby DS istniało musiałby on pod presją wciąż odbywać wielkie trasy koncertowe. Zdecydował się więc na działalność solową w celu uniknięcia nadmiernego zainteresowania, ale też w celu zejścia DS ze sceny w pełnej chwale, kontynuując i rozwijając jego spuściznę. Tak myślę.
3. Radość grania i porozumienie wykonawców da się wyczuć.
4. Oczywiście, że nie można brać ich opinii za wyrocznię – zgadzam się z Tobą. Ale mam wielki szacunek dla TR, bo wychowałem się na tym piśmie, ono mnie ukształtowało muzycznie i w wielu kwestiach zgadzam się z dziennikarzami. Wielu to pismo krytykuje, też mi czasem coś nie pasuje, ale to rzadkość. Mi bardzo ich propozycja odpowiada. Choć wiadomo – jeśli chce się pogłębić wiedzę – trzeba sięgać do książek, kopać w Internecie.
5. Chciałem znaleźć spoiwa łączące dawny DS z nowym i wyszło, że wolę ten stary. Myślę też, że aby poszczególne płyty DS doceniać, trzeba wyrywać je z kontekstu DS, żeby je w pełni dowartościować, co nie jest przynajmniej dla mnie łatwą sprawą. Pablosan - dokładnie! Bardzo mi brakuje choć jednego dobrego utworu na dwóch ostatnich płytach w starym stylu.
6. To definicja, z którą się utożsamiam. Ale nie narzucam jej nikomu.
Trochę naukowo się zrobiło, może jednak weźmiemy się za pisanie tej książki
?
Bo temat na pracę magisterską jak znalazł!
1. Kocham DS i bardzo wysoko oceniam wszystkie poczynania tego zespołu, ale nie podchodzę do wszystkiego bezkrytycznie. Nie jestem pewien co do jakichkolwiek definicji w muzyce rockowej. Ale spróbuję to wyjaśnić. Działalność DS rozbiłbym na dwa okresy: pierwszy to ten od momentu powstania zespołu aż po koncertówkę „Alchemy Live”. Drugi to ten od wydania „Brothers In Arms” po ostatni koncert z trasy „On Every Street”.
Tożsamość DS: to dla mnie zespół rockowy. Tak jak Mirek pisze – gitary i bębny. Z naciskiem na gitary – akompaniującą i prowadzącą. I tu dochodzimy do filaru grupy czyli fenomenalnej gitary Knopflera i jego uroczo niechlujnego śpiewu. Oryginalne zjawisko. Szczególnie podoba mi się jego wirtuozowska technika, bez praktycznie żadnych wspomagaczy brzmieniowo-gitarowych. Nie należy zapominać o tej specyficznej brytyjskiej, kameralnej atmosferze na pierwszych płytach i poetyckich tekstach lidera, lekko coutry’owym klimacie, znakomicie sprawdzającym się w połączeniu z rockiem. Tak wygląda obraz dwóch pierwszych płyt. Następnie rozwinięto styl na „Making Movies” i „Love Over Gold”. I nadal mamy świetne, czyste fenderowskie rozbudowane solówki i kameralną atmosferę przeplatającą się już z progresywnym rozmachem (którego jestem zwolennikiem) – „Love Over Gold” i „Alchemy”. „Telegrach Road” to moim zdaniem jeden z najlepszych progresywno-rockowych utworów lat 80.! I ten pierwszy okres jest dla mnie syntezą i definicją Dire Straits. Znaki szczególne DS wg. mnie – soczyste fenderowskie solówki Knopflera, brytyjski klimat, klawisze Roya Bittana i Alana Clarka, a wcześniej akompaniująca gitara Davida Knopflera. No i jeszcze to urocze gitarowe logo DS, którego od "LOG" nie widać. Mimo roszad personalnych czuć na tych płytach radość ze wspólnego grania. Kocham też filmowe dzieła Knopflera - "Local Hero" i "Cal". Bardzo dużo tam z zasadniczego stylu grupy i wiele kompozycji mogłoby się ukazać na płytach DS.
Drugi okres jest już pod wieloma względami inny. „Brothers In Arms” to świetna płyta, ale nagrana wyraźnie w celu osiągnięcia sukcesu komercyjnego. Udało się i chwała zespołowi za to. Ale zniknęły już uwielbiane przeze mnie dynamiczne fenderowskie solówki, co było znakiem starego DS. Knopfler zaczął grać subtelnie, w zasadzie trącać strunami. Diametralnie zmienił styl. Użył przesterowanego Gibsona i grał mniej technicznie. Jedynie w „One World” można było doszukać się starego DS. Ale jak wiemy to nie najlepszy utwór na płycie „BIA”. Zresztą w moim rankingu DS ta płyta nie zajmuje czołowego miejsca. I też nie grają tu tylko muzycy DS. Jeśli mamy zasadniczy zespół to powinien być to ten zespół, a nie wspomagany przez niezliczoną ilość dodatkowych „lepszych” muzyków. To zakrawa na solowe dzieło Knopflera.
„On Every Street” to jeszcze dalej idące odejście od zasadniczego stylu grypy. Doceniam rozwój i szukanie nowych środków wyrazu, ale nie lubię zbytniego odchodzenia od tego co stare i lubiane. Znów nie słychać świetnych technicznych solówek. W zasadzie kilka utworów przywołuje dawnego ducha DS – „On Every Street”, „Planet Of The New Orleans” i „You And Your Friend”. Jedynym spoiwem łączącym dawny i nowy okres w działalności DS to śpiew Marka i klawisze Alana. Mnóstwo muzyków sesyjnych niezwiązanych dotąd z DS. A brytyjski klimat zmienił się w bardziej amerykański, ktoś kiedyś powiedział, że sam Knopfler stał się bardziej amerykański. Uwielbiam obie ostatnie płyty DS, ale bardziej „direstraitsowe” są wg. mnie 4 pierwsze płyty plus „Alchemy”. Reszta zakrawa na solową twórczość Knopflera.
Trasy koncertowe w 1991 i 1992 r. były piękne, ale duch DS w nich trochę zniknął. Ale to tylko moje zdanie.
Definicji właściwej nie ma, bo każdy ma swój pogląd i gust.
2. Myślę, że komercyjny sukces, a co za tym idzie wielkie i wyczerpujące trasy koncertowe i popularność szyldu Dire Straits zmęczyły Marka, że postanowił grać on pod własnym szyldem, co zmniejszyło zainteresowanie jego działalnością. Gdyby DS istniało musiałby on pod presją wciąż odbywać wielkie trasy koncertowe. Zdecydował się więc na działalność solową w celu uniknięcia nadmiernego zainteresowania, ale też w celu zejścia DS ze sceny w pełnej chwale, kontynuując i rozwijając jego spuściznę. Tak myślę.
3. Radość grania i porozumienie wykonawców da się wyczuć.
4. Oczywiście, że nie można brać ich opinii za wyrocznię – zgadzam się z Tobą. Ale mam wielki szacunek dla TR, bo wychowałem się na tym piśmie, ono mnie ukształtowało muzycznie i w wielu kwestiach zgadzam się z dziennikarzami. Wielu to pismo krytykuje, też mi czasem coś nie pasuje, ale to rzadkość. Mi bardzo ich propozycja odpowiada. Choć wiadomo – jeśli chce się pogłębić wiedzę – trzeba sięgać do książek, kopać w Internecie.
5. Chciałem znaleźć spoiwa łączące dawny DS z nowym i wyszło, że wolę ten stary. Myślę też, że aby poszczególne płyty DS doceniać, trzeba wyrywać je z kontekstu DS, żeby je w pełni dowartościować, co nie jest przynajmniej dla mnie łatwą sprawą. Pablosan - dokładnie! Bardzo mi brakuje choć jednego dobrego utworu na dwóch ostatnich płytach w starym stylu.
6. To definicja, z którą się utożsamiam. Ale nie narzucam jej nikomu.
Trochę naukowo się zrobiło, może jednak weźmiemy się za pisanie tej książki
? Bo temat na pracę magisterską jak znalazł!
Nie gram z nut, gram z serca

