Ja pamiętam taki moment że Mark jakby odczuł pewnego rodzaju zakłopotanie bo to co się działo tuż przed sceną graniczyło z uwielbieniem. Nie obchodzi mnie czy numitor nazwie to po swojemu i przecież Knopfler nie jest Bogiem itd itd. ale naprawdę bylo nas tam wtedy sporo i to były magiczne chwile. Jeszcze moje skinienie w kierunku Michaela McGoldricka w czasie "Piper To The End" - odwzajemnione i było po koncercie.
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
To make your whole life better
Your whole life better one day

