21.03.2006, 13:44
nie ma sprawy... najpierw wypadalo by zaczac od tego dlaczego szczegolnie warto bylo uraczyc swoja obecnoscia wystep Chrisa Rea, a to dlatego ze jest wielce prawdopodobne ze byl to juz ostatni koncert tego artysty w naszym kraju... przynajmniej solowy. Chris wycienczony dlugotrwala choroba (min. walka z rakiem trzustki) postanowil podsumowac swoja solowa kariere wspanialym boxem oraz trasa pozegnalna... trudno bylo mi oprzec sie checi "podziekowania" artyscie ktorego moze nie bylem jakims wielkim fanem ale barwa jego glosu i przyjemne ballady o bluesowym zabarwieniu sprawialy mi zwykla przyjemnosc w sluchaniu...
dopiero niedawno po zapoznaniu sie jak mniemam z "dzielem zycia" artysty jedenastopłytowym bluesowym boksem "Blue Guitars" nie moge wyjsc z podziwu i zachwytow... to prawdziwe dzielo godne ukoronowania kazdej kariery...
zatem mocno podkrecony poszedlem na koncert i... absolutnie nie zaluje
choc walka z choroba widoczna byla w nazbyt szczuplej juz sylwetce, bylo pieknie... wspanialy mocny glos Chrisa podkreslany swietnymi partiami gitary chyba dobrze znanymi wszystkim... dobry bardzo bluesowy poczatek, pozniej nieco przeplatany znanymi pieknosciami w postaci Josephine (tym razem w wersji na banjo
oraz Julia... w srodkowej czesci wystepu poszedl juz za slodki dla mnie blizej nieznany mi cukierek
ale wszystko wrocilo do normy za sprawa Stony Road czy chocby I Can Hear Your Heartbeat...
apogeum przypadlo jak mozna bylo sie spodziewac, nabierajac predkosci na drodze do piekla... pieknie to wyszlo fiufiu... tak odrazu przypomnialo mi jazde z Telegraph Road (torwar), choc nie osiagnieto az takiej predkosci i energii
jednak warto bylo...
dopiero niedawno po zapoznaniu sie jak mniemam z "dzielem zycia" artysty jedenastopłytowym bluesowym boksem "Blue Guitars" nie moge wyjsc z podziwu i zachwytow... to prawdziwe dzielo godne ukoronowania kazdej kariery...
zatem mocno podkrecony poszedlem na koncert i... absolutnie nie zaluje

choc walka z choroba widoczna byla w nazbyt szczuplej juz sylwetce, bylo pieknie... wspanialy mocny glos Chrisa podkreslany swietnymi partiami gitary chyba dobrze znanymi wszystkim... dobry bardzo bluesowy poczatek, pozniej nieco przeplatany znanymi pieknosciami w postaci Josephine (tym razem w wersji na banjo
oraz Julia... w srodkowej czesci wystepu poszedl juz za slodki dla mnie blizej nieznany mi cukierek
ale wszystko wrocilo do normy za sprawa Stony Road czy chocby I Can Hear Your Heartbeat...apogeum przypadlo jak mozna bylo sie spodziewac, nabierajac predkosci na drodze do piekla... pieknie to wyszlo fiufiu... tak odrazu przypomnialo mi jazde z Telegraph Road (torwar), choc nie osiagnieto az takiej predkosci i energii

jednak warto bylo...
"Większoć ludzi nie poznałaby dobrej muzyki nawet gdyby podeszła ona do nich i ugryzła ich w dupę." Zappa
...podzielam...
...podzielam...

