Czytam ten wątek ze zdumienie. Knopfler "smuci", co to w ogóle ma być za słownictwo? Staje tyłem do publicznoci - kiedy? Gdzie? No i nawet, jeśli tak robi, to kogo - do jasnej cholery - to może obchodzić. Jużaa widzę to ego, które razi Knopfler, który odwraca się, że uśmiechnąć się do gitarzysty. Akurat Knopfler jest artsytą, który nigdy nie zlekceważył swoich fanów, a zawsze do koncertu przygotowuje się i do tego Olaph, który z niezatapialną pewnością siebie rzuca beznadziejnymi żartami: "Robson, wstań z kolan".
"Come up and feel the sun
A new morning has begun..."
Ja też tego nie rozumiem i już się wypowiedzailem w tej kwestii. Po prostu lubimy sie czepiać. Knopfler sie na chwile odwrocil i juz nas lekceważy? Litości.
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
małe wyjaśnienie - napisałem "smuci" w cudzysłowiu żeby zabrzmiało tak z przymrużeniem oka...tak delikatnie...cieplutko...tak pieszczotliwie...bo..
bo kocham te Jego "smuty"
oj moze cos napisze wkoncu wroclaw EXTRA ale niestety przezylem troche hardzioru z powrotem i dopiero dzisiaj dochodze do siebie po wrocku gdyz przyjechalem do krakowa w niedziele z 40 stopniowa goraczka i tak mnie trzymalo ... koncert byl łooo imprezka tez fajna
Bart a porobilem sie dlatego ze droga z krakowa dluga a kolege co u niego nocowalem we wrocku to nie widzialem od 3 lat wiec jakos tak wyszlo ze ciezko mi sie wychodzilo z knopflerowej imprezki
numitor napisał(a):Olaph, który z niezatapialną pewnością siebie rzuca beznadziejnymi żartami: "Robson, wstań z kolan".
Czołobitny stosunek Robsona do twórczości i osoby MK jest powszechnie znany.
Natomiast uwagi w owej recenzji były po części denne. Albo MK się wstydzi własnej twórczości albo gra za mało klasyków. Koncert trwa 2 godziny, piosenek obowiązkowych coraz więcej a nie jest czas z gumy.
Podobnie dowalanie się do krzesełka. Co ma MK niby trasę odwołać bo kręgosłup chory? Podobnie może już powoli nie wydalać całego koncertu do końca stąd błędy.
10.07.2010, 02:33 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2010, 08:07 przez Arrrek.)
To juz tydzien po koncercie.....
i wciąż świeże emocje, gorące wrażenia i muzyka wypełniająca kazdą chwilę... nie tylko moją...
Zabrałem na koncert do Wrocławia ze sobą 3 biernych słuchaczy Marka,
czyli moją żonę i dwójkę naszych dzieci.
Moja euforia po koncercie nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, ziściły się moje ukryte marzenia, natomiast ich reakcja spowodowała to, że mogę z czystym sercem powiedzieć, że wrócili do domu zakochani w tej muzyce jak ja.
Dostałem dzisiaj opiernicz od żony za to, że wyciągnłem z jej samochodu płytę z zapisem tego koncertu...
Moj syn (11 lat)zagrał mi z słuchu na gitarze refren STP,
moja córka (lat 9) domaga się BR, i chce się uczyć grać na flecie...
Od tygodnia emocje żyją i nie gasną i ciągle widze gitarę Marka położoną po ostatnim utworze na krzesełku, jako taki znak, że zaraz do niej wróci i popłyną charakterystyczne dżwieki...
Koncert wyśmienity, całą rodziną w 5 rzędzie.
Najpierw dwa utwory, które pozwoliły mi dojść do siebie i stwierdzić tak to ja, to tu i to On...
STP- unoszę sie gdzieś pod dachem Hali Stulecia, świadomość wraca chłone każdy dzwięk, szczegół, gdzieś mnie ponosi nadrealność muzyki mojej obecności, chwili zostałem w tym letargu do R&J nagle opamiętanie to juz ten utwór... za szybko...
Po drodze zadowolona twarz mojej żony, głosy moich dzieci, które z "tato nie krzycz" z poczatku koncertu, zmieniają się w bardziej przyjazne:
Janek -"tato, ale wymiatają", Zosia -"Chcę się uczyc grać na flecie"
Obok mnie duzo starszy fan, wyraznie się ożywił zaczął nucić dość głośno utwory Dire Straits, grał razem z zespólem "Sułtanów".
Z drugiej strony sympatyczny starszy człowiek euforycznie potrząsał uśmiechniętą od ucha do ucha twarzą, z niemodnie zaczesaną na bok grzywką...
Urzekły mnię też skupione twarze młodych ludzi
Nieziemskiej muzyce, dorównywała nieziemsko subtelna reakcja publiki...
Cudownie delikatne wyważone brawa w trakcie utworów, szybko wyciszane gdy tylko trzeba było zrobić miejsce na wokal, lub delikatny śpiew któregoś z delikatniejszych instrumentów, gromkie gdy utwór dobiegł końca...efektowne nabijanie...
to wszystko słychać ... oficjalny pendrive jest tego dowodem, wszyscy aktorzy tego spektaklu byli w mega galaktycznej formie...
szkoda, że to juz za nami
żona zapowiedziała, że obowiązkowo jedziemy na następny koncert Marka w Polsce, że jest to muzyka, której powinno słuchać się na żywo.
Zosia powiedziała, krótko "Mark jest super".
...a ja wciąż słucham tego koncertu, czuję ten kawałek nieba, który gdzies tam mnie 2 lipca otoczył ( Mirek ma rację tak graja w niebie),
i widzę tą leżącą na krzesełku gitarę, która mowi mi, że z Markiem spotkamy się niebawem....
P.S Nie wiem czy też tak macie, ale ja od tygodnia nie potrafię słuchać niczego innego.
mirek napisał(a):Slucham namietnie Piper to the end.
Mysle ze beda tak grac w niebie
To super! Bo od dobrych kilkunastu lat na moją ceremonię pogrzebową mam zarezerwowane BiA. Niezłe zestawienie, trzeba tylko się postarać żeby dostać się do nieba...
AdamG napisał(a):To super! Bo od dobrych kilkunastu lat na moją ceremonię pogrzebową mam zarezerwowane BiA. Niezłe zestawienie, trzeba tylko się postarać żeby dostać się do nieba...
Mi tam wszystko jedno co beda grac na pogrzebie, "Reqiuem eaternam", "Niebieski orszak niech twa dusze przyjmie" "Brothers czy Piper" wazne by w niebie , jak to mowia wlosi "al di la" grali Pipera
Brawo, tak to Dariusz Czarny z SDM. Ostatnio jak z żoną byliśmy na ich koncercie to razem z Krzysztofem Myszkowskim grali na gitarach akustycznych Martin, takich samych jakich używa Mark Knopfler Czarny gra rewelacyjnie na akustykach, banjo i National Steel!
"Czołobitny stosunek Robsona do twórczości i osoby MK jest powszechnie znany"
Podoba mi się
Dobrze się stało że Piper sumuje cały koncet i w sumie brak "Going Home" w pewnym sensie jest wspaniale wynagrodzone. No i bardziej porusza niż na płycie
Robson - czołobitny
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
Witam!
Wprawdzie śledzę forum od jakiegoś czasu to sie zbytnio nie udzielałem, może się to zmieni odrobinę.
Byłem pierwszy raz na koncercie MK, impulsem do zdobycia biletów było to, że moja narzeczona uwielbia jego twórczość no i ja również :-) .
Koszulkę nabyłem, ale siedzieliśmy ostatecznie w dziwnej dostawce sektoru 4. Wszystko widać, ale ciut daleko. Ale ok, dało radę i jesteśmy szczęśliwi niezmiernie :-) Mp3 przygrywa codziennie, a na youtuba wrzuciłem małe trzy filmiki ( http://www.youtube.com/profile?user=DonegansGone ).
Co tu dużo ukrywać, ciary mnie przechodziły wiele razy na tym koncercie.
Na Brothers in Arms to już miałem łzy w oczahc i w ogóle stałem przez większość czasu, bo przy tej muzyce nie można siedzieć, jakaś profanacja ;-) .
Uważam, że koncert zagrali na luzie i generalnie pięknie to wyszło. Czułem pewne braki, o których powyżej wspomniano, ale to nie przesłania tego, że koncert był udany (skoro nawet Benett sam tak napisał).
Szkoda tylko, że nie było więcej koncertów w naszym kraju. Na pewno nie opuścimy żadnego kolejnego, a jak się trafi Berlin albo Praga to też wyskoczymy.
Pozdrawiam serdecznie!
Ps. Koszulkę zanoszę na śmierć w te wakacje, taki jestem dumny ;-)