31.08.2005, 19:11
Nie ukrywam że byłem jednym z (jakby się wydawać mogło) szczęśliwców
którzy występ francuskiej gwiazdy obejrzą na żywo. Bilet miałem jeden z
droższych, a nazwa sektora (A) oznaczonego na nim wskazywałaby całkiem
niezłą lokazlizację względem sceny. Jednak wraz z wejściem na rzeczony
sektor wszelkie moje złudzenia zostały rozwiane. Stałem chyba ze sto
metrów od sceny i gdyby nie to że Jarre ubrany był w białą koszulę to nie
widziałbym nawet jego sylwetki. Nie ukrywam że nigdy nie byłem enruzjastą
koncertów na wolnym powietrzu czy też na stadionach, ale pomyślałem sobie
że okazja jest niecodzienna i warto przeboleć niedoskoanłości takiego
rodzaju występów. Niestety po tym koncercie utwierdziłem się jeszcze
bardziej w przekonaniu że na coś takiego w życiu się juz nie porwę.
Mniejsza o to. Wiekszym rozczarowaniem był jednak sam Jarre.
Pamiętam czasy podstawówki kiedy korzystając jeszcze z dobrodziejstw braku
ustawy o prawach autorskich leciało się po zajęciach szkolnych na bazar (w
moim przypadku było to istniejące jeszcze targowsko przy dworcu
Gdynia-Chylonia) i wydało się resztki kieszonkowego na kasety. Jednymi z
takich skarbów była cała niemalże dyskografia Jarre'a ze złotych lat
70-tych i 80-tych. Zdezelowane już kasety z "Oxygene" i "Equinoxe"
uchowały się jeszcze do dziś. Po płycie "Rendez-Vous" (ewentualnie jeszcze
"Revolutions" jest jeszcze do przełknięcia) artysta się najzwyczajniej w
świecie skończył, a jego twórczości barkowało czegoś co nazywam mianem
"ducha". Kontynuując kultowe "Oxygene" pod koniec lat 90-tych Jarre
spastiszował samego siebie. I tak stojąc w ten piatkowy wieczor na terenie
Stoczni łudziłem się że przynajmniej lwią część repertuary stanowić będą
jego złote klasyki. Nic bardziej mylenego. Po jednym fragmencie z
"Oxygene", "Equinoxe", "Rendez-Vous" to wszystko na co mogliśmy liczyć.
Resztę repertuaru wypęłniły popłuczyny z jego późniejszej twórczości
(pominę już milczeniem dwa kawałki techno, które odegrał i które zgodnie z
przewidywaniami wywołały najmniejszy aplauz). Jeśli rozchodzi się o "Mury"
to muszę z przykrością stwierdzić że Francuz nie sprostał temu utworowi i
ograniczył się do wciśnięcia mdłego niemalże dance-owego podkładu, ale na
szczęście sam utwór uratował swoim występem chór akademików z Uniwersytetu
Gdańskiego.
Poza tym wypowiedzi Jarre'a zakrawają na czystą hipokryzję. W piątek mówił
o ideach "Solidarności", ich ponadczasowości i o tym że komuznizm był
największą pomyłką XX wieku, a rok wcześniej wystąpił w kraju, który jest
jednym z ostatnim reliktów tego ustroju, który tłamsi opozycję, torturuje
tysiące więźniów politycznych, strzela do studentów na Tienanmen i bez
procesu skazuje na śmierć setki Tybetańczów. Ale mają tam McDonads'y i
dolary. Widocznie to było ważniejsze niż idee "Solidarności" o których
Jarre tak pięknie mówił.
Pozdrawiam wszystkich ciepło
(rozgoryczony) Patique
którzy występ francuskiej gwiazdy obejrzą na żywo. Bilet miałem jeden z
droższych, a nazwa sektora (A) oznaczonego na nim wskazywałaby całkiem
niezłą lokazlizację względem sceny. Jednak wraz z wejściem na rzeczony
sektor wszelkie moje złudzenia zostały rozwiane. Stałem chyba ze sto
metrów od sceny i gdyby nie to że Jarre ubrany był w białą koszulę to nie
widziałbym nawet jego sylwetki. Nie ukrywam że nigdy nie byłem enruzjastą
koncertów na wolnym powietrzu czy też na stadionach, ale pomyślałem sobie
że okazja jest niecodzienna i warto przeboleć niedoskoanłości takiego
rodzaju występów. Niestety po tym koncercie utwierdziłem się jeszcze
bardziej w przekonaniu że na coś takiego w życiu się juz nie porwę.
Mniejsza o to. Wiekszym rozczarowaniem był jednak sam Jarre.
Pamiętam czasy podstawówki kiedy korzystając jeszcze z dobrodziejstw braku
ustawy o prawach autorskich leciało się po zajęciach szkolnych na bazar (w
moim przypadku było to istniejące jeszcze targowsko przy dworcu
Gdynia-Chylonia) i wydało się resztki kieszonkowego na kasety. Jednymi z
takich skarbów była cała niemalże dyskografia Jarre'a ze złotych lat
70-tych i 80-tych. Zdezelowane już kasety z "Oxygene" i "Equinoxe"
uchowały się jeszcze do dziś. Po płycie "Rendez-Vous" (ewentualnie jeszcze
"Revolutions" jest jeszcze do przełknięcia) artysta się najzwyczajniej w
świecie skończył, a jego twórczości barkowało czegoś co nazywam mianem
"ducha". Kontynuując kultowe "Oxygene" pod koniec lat 90-tych Jarre
spastiszował samego siebie. I tak stojąc w ten piatkowy wieczor na terenie
Stoczni łudziłem się że przynajmniej lwią część repertuary stanowić będą
jego złote klasyki. Nic bardziej mylenego. Po jednym fragmencie z
"Oxygene", "Equinoxe", "Rendez-Vous" to wszystko na co mogliśmy liczyć.
Resztę repertuaru wypęłniły popłuczyny z jego późniejszej twórczości
(pominę już milczeniem dwa kawałki techno, które odegrał i które zgodnie z
przewidywaniami wywołały najmniejszy aplauz). Jeśli rozchodzi się o "Mury"
to muszę z przykrością stwierdzić że Francuz nie sprostał temu utworowi i
ograniczył się do wciśnięcia mdłego niemalże dance-owego podkładu, ale na
szczęście sam utwór uratował swoim występem chór akademików z Uniwersytetu
Gdańskiego.
Poza tym wypowiedzi Jarre'a zakrawają na czystą hipokryzję. W piątek mówił
o ideach "Solidarności", ich ponadczasowości i o tym że komuznizm był
największą pomyłką XX wieku, a rok wcześniej wystąpił w kraju, który jest
jednym z ostatnim reliktów tego ustroju, który tłamsi opozycję, torturuje
tysiące więźniów politycznych, strzela do studentów na Tienanmen i bez
procesu skazuje na śmierć setki Tybetańczów. Ale mają tam McDonads'y i
dolary. Widocznie to było ważniejsze niż idee "Solidarności" o których
Jarre tak pięknie mówił.
Pozdrawiam wszystkich ciepło
(rozgoryczony) Patique

